bliskiwschod

2010-06-17
Ktoś kiedyś powiedział, że trudno jest snuć prognozy – zwłaszcza, jeśli dotyczą przyszłości. Pokuśmy się jednak o zastanowienie się nad tym, jak będzie wyglądać Bliski Wschód za czterdzieści lat, wkrótce po setnej rocznicy powstania Izraela. Czy takie obchody będą mieć w ogóle miejsce? Czy Palestyńczycy wciąż będą wspominać Naqbę (Katastrofę), czyli dzień upamiętniających ich wygnanie? A może przyćmi je inne święto – Dzień Niepodległości? Proponuję wersję optymistyczną.

Izrael i Palestyna

Są tacy, jak na przykład Guy Sorman, którzy twierdzą, że Izrael może okazać się bytem nietrwałym i przegra z niekorzystnymi dla siebie procesami demograficznymi. Zaiste, ten istniejący od 1948 roku kraj dwoi się i troi, ażeby Żydów, nawet nieżydowskiego pochodzenia, było więcej od prężniej się rozmnażających Arabów. Brzmi to być może absurdalnie, ale w istocie Izrael przyjmuje coraz więcej osób, których żydowskie pochodzenie jest co najmniej wątpliwe i mocno naciągane. Wystarczy wspomnieć o części Rosjan, którzy otrzymali izraelskie obywatelstwo w ciągu ostatnich czterdziestu lat. W sumie jest ich w Izraelu około miliona, co przy siedmio i półmilionowym społeczeństwie, z czego wszyscy „oficjalni” Żydzi stanowią nieco ponad pięć i pół miliona, wygląda imponująco. Reszta, to Arabowie (w większości muzułmanie), których jest nieco ponad półtora miliona, Druzowie i inne, mniej istotne – z demograficznego punktu widzenia – mniejszości.

O ile na początku istnienia Izraela ludność żydowska stanowiła niespełna dziewięćdziesiąt procent ogółu obywateli, o tyle dziś jest ich już tylko siedemdziesiąt pięć procent, przy czym proporcje ciągle zmieniają się na niekorzyść Żydów, wśród których przyrost naturalny jest mniejszy niż w przypadku ludności palestyńskiej. Wzrasta zatem odsetek Arabów (jest ich już około dwudziestu procent) oraz innych nacji – z tym, że liczba Druzów pozostaje na niezmienionym poziomie. Druzowie nie stanowią zresztą zagrożenia do żydowskiej części społeczeństwa. Winę za to, że Palestyńczycy zagrażają demograficznie izraelskim Żydom (z różnych stron świata) ponosi przede wszystkim sam Izrael, którego poszczególne rządy prowadziły przez kolejne dekady krótkowzroczną politykę wobec Arabów z izraelskim paszportem. Znaczna część z nich już dawno by się zintegrowała z większością, jeśliby traktować ich na równi z Żydami. Byłoby to możliwe, gdyby w tym kraju dominowała ideologia politycznego, izraelskiego obywatelstwa – równego dla wszystkich, a nie wartościowania obywateli pod kątem wyznania i etnicznego pochodzenia.

Palestyńczycy są w Izraelu obywatelami drugiej kategorii, co utrwala w nich poczucie obcości i pokrzywdzenia. Są upośledzeni ekonomicznie, a także społecznie, co wynika z faktu, iż przemożnym czynnikiem awansu społeczno-ekonomicznego jest służba w armii. Zrozumiałym jest, dlaczego nie zaciąga się ich do wojska, co nie zmienia tego, iż skutkuje to marginalizacją. Drugim czynnikiem, niesprzyjającym integracji z większością jest konflikt izraelsko-palestyński, trwający już ponad sześćdziesiąt lat. Również w tym wypadku Izrael strzela sobie samobójcze bramki, gdyż w jego interesie leży jak najszybsze powstanie niepodległej Palestyny, która musi się składać z całości Zachodniego Brzegu Jordanu i Strefy Gazy. Jej stolicą powinna być Wschodnia Jerozolima, a Palestyńskie rodziny, których przodkowie zostali zmuszeni do ucieczki w 1948 roku, powinny otrzymać odszkodowanie wystarczające do urządzenia się w nowym, palestyńskim domu. Czy oddanie części ziemi i poniesienie kosztów finansowych, to zbyt duża cena za pokój, spokój i bezpieczeństwo? Trzecim czynnikiem utrwalającym podziały jest prożydowska edukacja.

Jestem przeciwny twierdzeniu, że Żydzi i Arabowie nie mogą wspólnie koegzystować na Bliskim Wschodzie, nawet w jednym izraelskim państwie, co z pewnością nas czeka po proklamowaniu niepodległej Palestyny. Nie wszyscy wyjadą. Obydwie nacje łączy bardzo dużo, obydwie wywodzą się z tych samych ziem i nawet wierzą właściwie w tego samego Boga, powołując się przy tym na jednego przodka – Abrahama. Tym, co zadecydowało o wzajemnej wrogości, a nawet nienawiści, jest konflikt i krzywda narodu palestyńskiego, a nie zderzenie cywilizacji. Uważam zatem, iż jeśli Izrael zrezygnuje z agresywnej polityki wobec Palestyńczyków i poniesie koszty zadośćuczynienia za krzywdy, szansa na to, iż za czterdzieści lat obydwa narody połączą dobrosąsiedzkie stosunki, rozwijające się w ramach bliskowschodniej unii gospodarczej, będzie całkiem realna. Czy obecne elity dojrzały do takiego rozwiązania? Nie! Wciąż czerpią polityczne i ekonomiczne korzyści z niekończącej się wojny, ale już niedługo się to skończy. Ważna będzie coraz większa presja Waszyngtonu, któremu już dziś zależy na sprawiedliwym rozwiązaniu kwestii palestyńskiej. Amerykanie wiedzą bowiem, iż tylko w ten sposób otworzą się dla nich drzwi do coraz lepiej prosperującego arabskiego Bliskiego Wschodu.

Bliskowschodnia fala demokratyzacji

Rozwój gospodarczy, który coraz wyraźniej widoczny jest w muzułmańskich krajach Bliskiego Wschodu (pomijając nawet kraje naftowe, które są z natury bogate), skutkuje coraz większą krytyką skostniałych, autorytarnych reżimów. Wydaje się, iż bliskowschodnia fala demokratyzacji zacznie się (a może już się zaczęła – rok temu) w Iranie. Tamtejsze społeczeństwo wypowiedziało posłuszeństwo irańskiej władzy i domaga się realnej demokracji. Nie liberalnej, rzecz jasna, ale jakiejś odmiany demokracji o zabarwieniu religijnym. Tylko taka jest bowiem możliwa w państwach muzułmańskich i to nie dlatego, że ich narody są takie wierzące, ale dlatego, że islam jest na Bliskim Wschodzie czymś więcej niż religią – jest cywilizacją, polityką, ideologią. Jedynie amerykańska inwazja, do której na szczęście nie dojdzie, mogłaby ten proces zahamować. Demokracji bowiem nie można przynosić na bagnetach. Ją trzeba wywalczyć oddolnie – tylko wtedy zakiełkuje, wypuści korzenie i wyda owoce. Niech Irak będzie przestrogą na przyszłość. Tylko społeczeństwo, które ponosi trud jej zdobycia, będzie jej później bronić. W społeczeństwach Bliskiego Wschodu widać olbrzymi demokratyczny potencjał, jaki już się wyzwala, choć należy pamiętać, iż są to różne społeczeństwa, o różnych strukturach, dlatego też nie będzie to proces jednolity i równoległy. Inne są bowiem społeczeństwa, które zaznały nędzy i nieobce są im wewnętrzne migracje oraz późniejszy boom edukacyjny, a inne te, wśród których mobilność społeczna była i jest mała, a poziom dobrobytu znaczny. Te drugie wchodzą w skład krajów naftowych.

Na drugi ogień pójdzie Egipt (najliczniejszy kraj arabski), w którym kontestacja obecnego porządku przybiera na sile, choć jeszcze daleka jest od poziomu niezadowolenia, jaki występuje we współczesnym Iranie. Jest to spowodowane tym, iż egipski reżim – podobnie jak niegdyś reżim komunistyczny w Polsce – jest głębiej zakorzeniony w społeczeństwie. Tam zmiany będą mieć, a właściwie już mają, bardziej ewolucyjny charakter. Tam demokratyzację poprzedza umiarkowana, choć ograniczona, pluralizacja życia politycznego. Jest ona nieunikniona, gdyż wynika z faktu, iż od początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku państwo powoli traciło możliwość oddziaływania na życie społeczno-gospodarcze, gdyż musiało prywatyzować to, czym wcześniej dysponowało i wykorzystywało do utrwalania wpływu. To sprzyja demokratyzacji. Dodać do tego należy fakt, iż od początku XXI wieku Amerykanie już nie tak bezkrytycznie wspierają swojego dyktatora – Husniego Mubaraka. Waszyngton widzi, że Egipcjanie chcą zmian (dlatego popierają opozycyjnych islamistów), w związku z czym z czasem dostrzeże dla siebie szansę w wyjściu naprzeciw społecznej potrzebie zmiany ustroju.

Kiedy te dwa kraje zaczną się demokratyzować, reszta potoczy się lawinowo. Najbliższe dziesięć lat nie będzie dla Bliskiego Wschodu łatwe, ale za czterdzieści już nikt nie będzie pamiętał o dyktatorach. Poszczególne narody będą się gospodarczo rozwijać w ramach ustrojów demokratycznych, co nie oznacza, iż znikną wszelkie problemy. Jednakże będą to te same problemy, które trapią społeczeństwa rozwinięte – we znaki się dadzą problemy z wodą. Pytanie tylko, czy Bliski Wschód i Afryka Północna będą się rozwijać w ramach własnych unii gospodarczych, czy też z czasem zaczną aspirować do Unii Europejskiej? Wydaje się, że to pierwsze, a Unia Europejska przestanie się obawiać przystąpienia Turcji, gdyż ta – jako jeden z liderów Bliskiego Wschodu – stanie na czele nowego ugrupowania integracyjnego i przestanie się dobijać do drzwi Eurolandu.

Stosunki z Zachodem i resztą świata

Muzułmańskie państwa Bliskiego Wschodu z pewnością nigdy nie będą jednostronnie prozachodnie, choć Zachód będzie się starać przeciągać je na swoją stronę. Będą raczej prowadziły politykę neutralności wobec Europy, Ameryki, Rosji czy Azji, gdyż ich położenie i uwarunkowania geopolityczno-ekonomiczne sprawią, że inni będą zabiegać o ich przychylność – tak jak już dzisiaj czynią to Chińczycy, robiąc to całkiem skutecznie. Zaczynają to również robić Amerykanie i Rosjanie. Jedynie Europejczycy wciąż traktują je jako byłe kolonie, choć i to się powoli zmienia. Wpływ na stosunki z resztą świata wciąż będzie też mieć czynnik surowcowy, ale i on zacznie maleć wraz z wielotorowym rozwojem poszczególnych, również naftowych, krajów Bliskiego Wschodu. Ten już się powoli rozkręca, o czym świadczy fakt, iż rządy poszczególnych państw stawiają coraz większy nacisk na edukację, zrównoważony rozwój i jakość życia. Proces też będzie przybierać na sile, a sprzyjać mu będzie proces demokratyzacji. Bliski Wschód w 2050 roku będzie zatem regionem dużo lepiej rozwiniętym ekonomicznie i zdemokratyzowanym, z uporządkowanymi stosunkami z Zachodem i resztą świata. Izrael przetrwa, ale tylko dzięki temu, że dojdzie w nim do gruntownej zmiany strategii politycznej i ideologii. Izraelczycy nadal będą obchodzić święto upamiętniające powstanie siedziby narodowej, a dla Palestyńczyków Naqba stanie się odległym wspomnieniem. Ważniejszy dla nich będzie Dzień Niepodległości

http://www.mojeopinie.pl/bliski_wschod_w_2050_roku,3,1276560700

Reklamy