28 Grudzień 2011

WŁADYSŁAW GAUZA
ELITY III RP

RODOWÓD
„Nawet jeśli prawda może powodować
zgorszenie, lepiej dopuścić do zgorszenia, niż wyrzec się prawdy”

Papierz Grzegorz I

Oslo 2011

Wstęp

Ciekawa sytuacja zaistniała w maju b.roku. Na portalu internetowym o szyldzie:

http://wiadomości.onet.pl/kraj/skarga-słuchacza-na-radio-maryja, pojawiła się informacja

zatytułowana: „Skarga słuchacza na Radio Maryja. Reakcja KRRiT”. Ten tytuł trochę

mnie zaintrygował. Ale czytam dalej: „KRRiT wezwało Radio Maryja do zaniechania emisji audycji, które mogą zawierać treści dyskryminujące ze względu na narodowość”. Ze „względu na narodowość”?! A to ciekawe. Na jaką narodowość?

Zeby znaleźć odpowiedź na tak postawione pytanie, przeczytałem tekst do końca i nie znalazłem żadnej informacji, o jaką tu chodzi narodowość. Wrodzona dociekliwość i upartość nie pozwoliły mi przejść obok tego do wcześniej zaplanowanych czynności. Więc czytam dalej, że: „Krajowa Rada uznała tym samym skargę słuchacza, która dotyczyła m.in. nadanego w marcu wywiadu z prezesem USOPAŁ Janem Kobylańskim”.

Co takiego prezes USOPAŁ powiedział, żeby ktoś miał powód poskarżyć się na niego?

Na to pytanie też nie znajdujemy odpowiedzi. W zamian za to Onet.pl (i Gazeta.pl Wiadomości z 09.05.2011) podaje nam: „ – Na podstawie przeprowadzonej analizy stwierdzono, (– „ono”? Kto stwierdził? Duchy? Aktualny system polityczny? – dop. mój W.G.), że wypowiedzi, które padły na antenie Radia Maryja 13 marca 2011 roku miały charakter nie tylko nierównego traktowania, (podkr. moje – W.G.), ale były także dyskryminujące ze względu na narodowość – napisał szef KRRiT, Jan Dworak, w piśmie do dyrektora Radia Maryja o. Tadeusza Rydzyka.”

Interesujące jest tutaj dowiedzieć się, o jaką dyskryminowaną narodowość chodzi w tym przypadku. Ale KRRiT i Dworak utrzymuje to w tajemnicy. Dowiadujemy się tylko, że Jan Kobylański powiedział, iż w Polsce istnieje „taka parodia, że w parlamencie Polakówprawdziwych nie ma nawet 30 procent. – My od paru lat bez przerwy publikujemy i mówimy – muszą w Polsce rządzić Polacy, muszą rządzić w swojej ojczyźnie, w swoim kraju. Jak długo będą rządy, które nie są polskie, to będzie stale gorzej i gorzej – kontynuował prezes USOPAŁ”

Co tu złego powiedział prezes USOPAŁ, Jan Kobylański? – zapyta każdy normalny na umyśle człowiek. Komu nadepnął na odcisk? Kto tutaj poczuł się dotknięty i tak mocno zagrożony, że uznał za konieczne uruchomić aparat państwa w celu obrony tej nieokreślonej, dyskryminowanej narodowości? Odpowiedzi na te pytania nie sposób znaleźć nawet w tak czułej na te sprawy „gazety.pl”. Natomiast dowiadujemy się, że jakiś quasi organ państwowy z akcentem naukowym (żeby „ciemniacy” nie pomyśleli, że to jakaś niepoważna sprawa) dokonał analizy audycji Radia Maryja. Co to za organ? A no, analizę „przygotowali prawnicy z Zakładu Praw Człowieka Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, a więc analizy, dokonała firma „naukowo-państwowa”, która w skrócie brzmi: Z.P.Cz.W.P.i A.U.W. Uff!!! W każdym bądź razie „prawnicy” ci zbadali w.w. audycję R.M. pod kątem ewentualnego naruszenia obowiązujących przepisów. Kto te „przepisy” stworzył, kiedy i w jakim celu? – to inna sprawa. Wygląda na to, że ustanowione zostały tą samą procedurą, jak prawa norymberskie. Ale wróćmy do wydanej opinii w sprawie audycji R.M. Po zbadaniu jacy to ludzie wydali w.w. opinię, okazało się, że zespół „prawników” z Z.P.Cz.W.P. i A.U.W. składał się w 80 procentach z potomków „narodowości dyskryminowanej”. Reszta, 20 % stanowili aplikanci nieznanej prowieniencji etnicznej. Zatem opinia ta wygląda na mało poważną, bo ma wartość opinii Cygana świadczącego się przed sądem swoimi dziećmi.

Zanim odkryłem, co to za narodowość, którą dyskryminuje Jan Kobylański i Radio Maryja,

– 2 –

byłem przez moment przekonany, że chodzi tu o Cyganów. Bo przecież nie o Zydów, których już od czasu marca 1968 roku w Polsce nie ma, co było już ogłoszone i dobrze nagłośnione w kraju i na emigracji od Londynu po Paryż w latach 70-tych i 1980-tych. Na przykład doradca „pierwszego niekomunistycznego premiera”, T.Mazowieckiego, Zyd Aleksander Smolar, n.b. syn bolszewika, Hersza Smolara, ogłosił to w 1986 roku też na łamach pisma „Aneks”, co na dowód cytuję: „O Zydach pisze się ostatnio dużo; niewspółmiernie do miejsca, jakie zajmują w Polsce współczesnej. Mówiono o antysemityźmie bez Zydów, ostatnio ktoś pisał o filosemityźmie bez Zydów. Istnieje w każdym razie problem żydowski bez Zydów.” (Zob.: „Aneks”,

nr. 41-42, 1986, str. 89).

Logiczne jest zatem, że jak nie ma już Zydów w Polsce, to mogą to być tylko Cyganie.

Natomiast te pozostałe (reszta) nierozpoznane 20%, to mogą być potomkowie lokajów spośród tubylczej ludności. Ale to nie ma tutaj znaczenia, bo decyduje większość w Z.P.Cz.W.P.i A.U.W., którą stanowiła owa mniejszość narodowa.

Główny zatem problem stanowi owa mniejszość narodowa. Zresztą co do tego nie ma wątpliwości, bo wskazują na to – według opinii tychże prawników warszawskich – „choćby nawoływania do tworzenia list wyborczych oraz głosowania na prawdziwych Polaków, a także otwarta krytyka obecnych rządów, które rzekomo nie są rządami polskimi”. A więc sprawa jest jasna: „Kryterium etniczne jest zatem otwarcie przyjmowane jako główne kryterium różnicujące”.

Przyznaję, że nie wiem jak skomentować ten pseudonaukowo-prawniczy bełkot. Właściwie to szkoda na to czasu.

Sprawa z tymi Cyganami rypła się wkrótce po tym, kiedy ks. T.Rydzyk wystąpił publicznie na forum Parlamentu Europejskiego, gdzie – kierując się przesłaniem Kościoła: żyj w prawdzie, prawda cię wyzwoli etc. – powiedział oczywistą prawdę, że Polska „od 1939 roku nie jest rządzona przez Polaków”.

To, co ks. T.Rydzyk, jako dyrektor ośrodka informacyjnego, jakim jest prowadzone przez niego radio, zrobił obrzydliwego – zdaniem jego krytyków – to to, że wziął na poważnie swoją misję i obowiązek rzetelnego informowania ludzi o stanie faktycznym.

Gwałtowna reakcja rządu „III RP” – i głupia reakcja jego szefa (skarga do innego państwa, chodzi tu o Watykan – na swego obywatela) – w obronie klanów, klik i koterii rządzących państwem polskim jest zrozumiała i ludzka. Szokującym natomiast jest to, że w obronie nieznanej nam dotąd narodowej mniejszości rządzącej Polską wystąpił … szef Swiatowego Kongresu Zydów (WJC) w USA, Ronald S. Lauder, ten sam, który pochwalił Tuska za interwencję w Watykanie.

Jest to reakcja o tyle ciekawa, że mówi nam otwarcie, kto faktycznie sprawuje władzę w t.zw. „III RP”. „Uderz w stół a nożyce …”. Bez przyczyny nie ma skutku. Skoro szef Swiatowego Kongresu Zydów odezwał się, znaczy to, że coś ważnego w tym jest. Jakaś przyczyna jego reakcji była. Przecież Ronald S. Lauder, szef światowej organizacji żydowskiej nie stanąłby w obronie cygańskiej mniejszości narodowej. I to z kilku przyczyn. Wymienię tu tylko jedną i najważniejszą. Zydzi wyolbrzymili do niebywałych rozmiarów zbrodnię dokonaną przez Niemców na ludności żydowskiej. Holocaust ma być wydarzeniem kojarzonym tylko z tragedią żydowską. Przeszkadzają im w tym Cyganie, którzy też byli mordowani przez hitlerowców z takim samym nasileniem.

– 3 –

Zydzi nie lubią i wściekają się, kiedy przypomina im się, że holocaust dotyczy również Cyganów, A to dlatego, że ci ostatni tym naruszają wyłączność Zydów na Holocaust. A chodzi przecież o duże pieniądze. Z tego powodu przemilczają tę mniejszość narodową i mord dokonany na nich przez Niemców.

Dlatego możemy ze 100 procentową pewnością wykluczyć, że szef Swiatowego Kongresu Zydów stanął w obronie cygańskiej mniejszości narodowej. Zwłaszcza, że nigdy przedtem w historii W.J.C. coś takiego nie zdarzyło się. Nawet niedawno, kiedy Francuzi i Włosi przepędzali ze swych krajów Cyganów rumuńskich i bułgarskich, Zydzi milczeli.

Tutaj należy się szefowi Swiatowego Kongresu Zydów, Ronaldowi S. Lauder’owi, duże podziękowanie za to wystąpienie, dzięki temu dowiedzieliśmy się, jaka mniejszość narodowa sprawuje faktyczną władzę w Polsce od 1944 roku. Podziękowanie należy się również i za to, że potwierdził to, co podejrzewali Polacy, którzy znają historię PRL-u i t.zw. „III RP” ze źródeł niekomunistycznych.Rozwiał tym resztki wątpliwości.

Niniejsze opracowanie ma na celu wykazanie, że reakcja szefa światowej organizacji żydowskiej jest uzasadniona i całkiem zrozumiała. Praca ta powstała też z myśla o tych Rodakach, którzy historię PRL-u i pookrągłostołowej „III RP” znają słabo, albo w ogóle nie znają ze względu na niedostępność w Polsce pewnych źródeł historycznych i faktów niewygodnych dla elit rządzących Polską.

Pragnę przy tym zaznaczyć, że najmniej interesujące jest dla mnie to, czy Zydzi opanowali w Polsce władzę i że sprawują faktyczne rządy. Jeżeli zdobyli tę władzę drogą legalną, to jest to sprawa ich i Polaków, którzy na taką sytuację dają przyzwolenie. To, co stanowi dla mnie ciekawość, to okoliczności, metody i droga, jaką doszli do tej władzy i wpływów w Polsce.

Dalej, czy prezes USOPAŁ, Jan Kobylański, ma mocne podstawy do nawoływania Polaków,

żeby ujęli rządy w swojej Ojczyźnie we własne ręce, jeśli chcą mieć lepiej? I czy ks. Tadeusz Rydzyk głosi nieprawdę, kiedy mówi, że Polska nie jest rządzona przez Polaków od 1939 roku? Zobaczmy, co w tej sprawie powiadają nam fakty.

Tekst tego opracowania został uformowany i napisany w sposób nietypowy. Wychodziłem bowiem z założenia, że po co mam odkrywać rzeczy, które dawno zostały odkryte i opisane przez innych. Wystarczy przecież dać im przemówić. Dlatego dałem tu głos Zydom-komunistom, Zydom innym, KPP-owcom i PZPRowcom, uczestnikom wydarzeń i świadkom tychże wydarzeń, publicystom, pisarzom i dziennikarzom, adwokatom, katom i ofiarom, samemu ograniczając się do krótkich komentarzy i uwag, żeby nie pomniejszać wymowy i obniżać wartości świadectw. Zródła, z których korzystałem, podane są zaraz po cytatach. To z myślą, żeby czytelnik nie musiał odrywać się od czytanej strony i gubić wątku, sięgając do bibliografii zamieszczanej zazwyczaj na końcu książki.

Jestem pewny, że żaden z polskich historyków PRLowskich nie odważy się na zestawienie faktów w ten sposób, jaki tu dokonałem, bo jest pewny, że stanie się objektem zmasowanego ataku PRLowskich „uczonych w piśmie” wiadomej stadniny. Jego kariera naukowa na odcinku historii zostałaby obszczekana i zasmrodzona przez skunksy z formacji potomków bandy żydowsko-kominternowskiej i ich polskich szabesgojów. To byłby koniec jego kariery jako historyka w pookrągłostołowej PRL-bis.

Władysław Gauza

Wrzesień 2011

ELITY III RP – RODOWOD

W dzisiejszych czasach, tak odległych od Magdalenki i tzw. „okrągłego stołu”, kiedy już zaglądanie do cudzych życiorysów i grzebanie w nich nie jest be ani czymś „paskudnym” i „obrzydliwym”, można spokojnie zajrzeć do życiorysów ludzi KPP, PZPR i PRL-u, no i pogrzebać w nich za przykładem DBM-ów (Duchowych Braci Michnika), którzy bezkarnie grzebali m.in. w życiorysie Jana Kobylańskiego. Wolno grzebać w życiorysach Polaków-antykomunistów?! – to i chyba wolno pogrzebać w życiorysach komunistów. I to chociażby dlatego na przykład, żeby zorientować się w pochodzeniu PRL-owskich tzw. „elit” politycznych. I nie tylko tych, sprzed 1989 r., skonstruowanych i wyprodukowanych na użytek czerwonej quislingowszczyzny, ale i tych pookrągłostołowych, które zafundowały nam wspaniałomyślnie PRL-bis, zwaną obecnie dla zmylenia „III RP”. A więc mówimy tu o „elitach”, które nadają ton dzisiejszej polityce polskiej, wytyczają jej kierunki działania na obszarze polityki zagranicznej i wewnętrznej; kto decyduje w mediach (m.in. w telewizji, prasie i radiu), w wymiarze sprawiedliwości (prokuratorzy i sędziowie) i wreszcie, kto tworzy t.zw. poprawną siatkę poglądów, poprzez którą Polacy mają patrzeć na siebie, na „elity” PRL-bis, sąsiadów, Polskę i zagranicę. Dalej – żeby zauważyć, w czyich rękach znajdują się finanse państwa, kto kontroluje ekonomię i rządzi w tak zwanym „biznesie”. Krótko mówiąc: warto przyjrzeć sie jacy ludzie tworzą dzisiaj w ”III RP” t.zw. establishment?

Nieżyjący już prof. Jan Drewnowski, omawiając w końcu lat 1970-tych książkę A. Michnika

„Kościół, lewica, dialog”, zwrócił uwagę na bardzo ważny fakt: Mianowicie,” że mamy dzisiaj do czynienia z całkiem nową klasą polityczną, w której nie można się doszukać ciągłości pokoleniowej z okresu Polski niepodległej z przed II wojny światowej.”

„Nowa klasa polityczna”? – co i kto to jest?! Co to są za ludzie? Skąd się zjawili w Polsce?

Z nieba spadli? Wiatr ich przywiał? Kto przerwał łączność pokoleniową Polaków z okresu Polski niepodległej? Dlaczego ta łączność została zniszczona? Kto się decydująco do tego przyczynił? Czy zniszczona została celowo, czy przypadkowo? Tego rodzaju pytania można mnożyć. Ale gdy spróbujemy znaleźć odpowiedź tylko na te wyżej przytoczone, to dużo interesujących faktów wypłynie na powierzchnię, jak ”oliwa ….”.

Jan Krzysztof Kwiatkowski w swej książce (w PRL i dzisiejszej PRL-bis, zw. „III RP” całkiem nieznanej), pt. „Komuniści w Polsce – Rodowód, Taktyka, Ludzie”, wydanej przez Polski Instytut Wydawniczy (Bruksela, 1946) pisze w rozdziale „U źródeł dzisiejszego PPR” – cytuję:

„Tragiczna dla nas fala wydarzeń wyniosła na powierzchnię życia politycznego w Polsce nieznane nazwiska i ludzi równie obcych społeczeństwu jak obce było mu zawsze to środowisko polityczne, z którego się wywodzą. Ludzie ci znaleźli się dziś na świeczniku, lecz przeszłość ich tonie w mroku. Niemniej jednak zapoznanie się z historią komunizmu w Polsce i przeszłością ich przywódców jest rzeczą konieczną dla zrozumienia ich obecnej taktyki i celów, zjawisk jakie zachodzą dziś w Polsce i kierunku w jakim toczą się wypadki.”

Krótka notka z życiorysu gen. Berlinga

Znana jest historia tzw. „rządu lubelskiego”, utworzonego tam przez nieznane elementy, które firmowały „PKWN” i „KRN” z agentem NKWD, B.Bierutem na czele. Kiedy pachołki i lokaje stalinowskie tworzyli te bandyckie instytucje, na wschodnim brzegu Wisły w

– 5 –

Warszawie stała tzw.”I Armia W.P.”, utworzona w Związku Sowieckim. Wchodziła ona w skład Frontu Białoruskiego pod dowództwem późniejszego marszałka sowieckiego, Konstantego Rokossowskiego. Dowódcą I Armii W.P. był gen. Zygmunt Berling. Zołnierzy tego wojska nazywano później „berlingowcami”. Kiedy w 1944 roku wybuchło powstanie warszawskie, Armia Berlinga stała na wschodnim brzegu Wisły. 14 września 1944 roku Berling wydał rozkaz gen. Galickiemu, żeby rozpoczął desant na Czerniakowie w celu przyjścia z pomocą walczącym powstańcom. Nie było to uzgodnione z naczelnym dowódcą Frontu Białoruskiego.

Po tym występku Z.Berling został pozbawiony dowództwa armii i wysłany do Lublina, gdzie od pewnego czasu składany był tzw. „rząd lubelski”.

Po przybyciu na miejsce pierwszej zsyłki gen. Berling zauważył – cytuję:

„Po moim przybyciu z przedmieść Warszawy do Lublina zastałem tam straszną sytuację. W całym kraju pachołkowie Berii z wojsk NKWD szerzyli spustoszenie. Sekundowały im w tym bez przeszkód kryminalne elementy z aparatu Radkiewicza. Ludność okradano z jej mienia w czasie legalnych i nielegalnych rewizji. Zupełnie niewinnych ludzi deportowano i wtrącano do więzień. Strzelano do ludzi, jak do psów. Dosłownie, nikt nie czuł się bezpieczny i nie znał dnia ani godziny. Naczelny prokurator wojskowy powiedział mi po powrocie z inspekcji, na którą wysłałem go do więzień Przemyśla, Zamościa, i Lublina, że trzyma się tam ponad 12 tysięcy ludzi. Nikt nie wie jakie zarzuty im się stawia, przez kogo zostali aresztowani i co się z nimi zamierza uczynić. (…). … rządy bezprawia, zbrodni i prowokacji w kraju przekraczały wszelkie granice.” (Zob. „List Berlinga do Gomułki” z 20.XI. 1956 r., Zeszyty Historyczne, nr. 37, 1976, str. 43, wyd. Instytut Literacki, Paryż).

Dalej Berling relacjonuje, że zebrał materiał odnośnie bandyckiej działalności organów nowej władzy i przedstawił je na posiedzeniu „PKWN”. Zażądał przy tym, żeby osoba za to odpowiedzialna została aresztowana i wysłana do więzienia. Wkrótce po tym został wezwany do naczelnego agenta NKWD, Bolesława Bieruta, wówczas już „przewodniczącego” tzw. „Krajowej Rady Narodowej” („KRN”), który dał Berlingowi do zrozumienia, że – ze względu na okazaną postawę – nie jest dobrze widziany we władzach lubelskich. Bierut zaproponował mu wyjazd do Moskwy na studia wojskowe i w zamian za to awans na generała dywizji.

Berling zdenerwował się tą propozycją i ją odrzucił. Zareagował na to napisaniem listu do Stalina. W liście tym błagał o ratowanie Polski „dla Związku Radzieckiego z rąk bandy agentów i bandziorów międzynarodowego trockizmu”. Tutaj Berling pisał to, co widział, ale nie wiedział, co pisał. Oczywiście, odpowiedzi od Stalina nie otrzymał. Na wieloletnią banicję do Moskwy musiał się udać. Można tutaj stwierdzić, że Berling był politycznie bardzo naiwny, a nawet – że głupi. Ale on był tylko żołnierzem. Nie mniej jest przy tym tak bardzo wiarygodny jak dziecko, które jeszcze nie nauczyło się kłamać i łgać w takim stopniu, jak ludzie dorośli, no i jak późniejsze nasze tzw. „łże elity”, (t.zn. te PRL-owskie i pookrągłostołowe).

Po latach Berling wrócił do Polski i dostał stanowisko ministra PGR-ów. Później pisał pamiętniki (bo właściwie miał co pisać, dużo widział i przeżył), których nikt nie chciał mu w PRL wydać. Pisał w nich m.in. – cytuję:

„ W Lublinie zrzuciło maskę i ukazało swoje żydowsko-kominternowskie sprzysiężenie. Ujawniło prawdziwy swój cel. Sięgnęło po władzę. Pod płaszczykiem walki z kontrrewolucją

– 6 –

rozpoczęło planowe wyniszczanie potencjalnej konkurencji jaką mogła stanowić polska inteligencja. Zgodnie ze znaną dewizą – aresztować, a powód znajdzie się później – zapełniano więzienia, opornych strzelano w mieszkaniach i na ulicy. Badania w śledztwie prowadzono z okrucieństwem przewyższającym metody Gestapo.”

Tutaj narazie chyba wystarczy.

Teraz coś z życiorysu KPP i PPR
Zanim przejdę do korzeni i rodowodu tych organizacji antypolskich, warto zadać sobie parę prostych pytań w rodzaju – czy gen. Berling dobrze widział w tzw. „rządzie lubelskim” bandę agentów i bandziorów międzynarodowego trockizmu i żydowsko-kominternowskie sprzysiężenie? Czy istniały jakieś konkretne przesłanki i dane, żeby tak pierwszy rząd PRL-owski widzieć i określać?

Berling w swym w/w liście do Gomułki przypomina, że dobrze znana jest im obu historia tw. „Związku Patriotów Polskich” („ZPP”) utworzonego przez Stalina w Związku Sowieckim. „ZPP” był jądrem rządu lubelskiego, a więc tej bandy agentów i bandziorów międzynarodowego trockizmu.

Ale zanim doszło do utworzenia „ZPP”, wydarzyło się dużo różnych rzeczy, o których Berling zapewne nie wiedział. Istniała przecież prehistoria późniejszych wypadków i nieszczęścia Polaków. Tej prehistorii Berling mógł nie znać. Ale tę prehistorię warto poznać, żeby potem nie tłumaczyć się i usprawiedliwać niewiedzą. Bowiem, zapoznając się z życiorysami KPP,PPR i PZPR; organizacji, które tworzyli konkretni, składający się z ciała, kości i krwi ludzie o swoistej kulturze, mentalności i swoiście (charakterystycznie dla określonej naci) wyznawanej filozofii, wynikającej z ich genów, poznajemy nie tylko genezę zbrodni komunistycznych, ale i genetykę znajdującą się już w ziarnie, które wypuściło korzenie a z których z kolei wyrosły nam do góry wczorajsze (PRL-owsko – PZPR-owskie) elity i dzisiejsze (pookrągłostołowe) tzw. łże-elity. Mamy tutaj ogromne szanse do poznania ich mocodawców obecnych we wszystkich organach władz tzw. „III RP” z władzą ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą włącznie. Nie jest to wiedza przyjemna, ale czy dlatego mamy od niej uciekać?

Jak tworzono Polakom nowe elity polityczne i kulturalne, ukazała nam żydowska działaczka Komunistycznej Parti Polski (KPP), Ester Rozental-Sznejderman. Wyemigrowała z Polski do ZSRR w 1926 roku. W 1958r. wyjechała z Rosji sowieckiej do Izraela, gdzie później wydała w dwóch tomach swoje wspomnienia. Dwa drukowane w nich rozdziały, poświęcone sprawom polskim i KPP zostały opublikowane w „Zeszytach Historycznych” (nr. 49, 1979r., str. 179-194, wyd. Instytut Literacki, Paryż).Pisze tam, że po znalezieniu się w ZSRR, jako emigrantka polityczna, udała się do gmachu Kominternu w Moskwie, gdzie trafiła na goja mówiącego po żydowsku. Dalej wspomina – cytuję:

„Za parę chwil przyjmie mnie przedstawiciel KPP w Kominternie. Tymczasem jego sekretarka – z czasem dowiedziałam się, że jej nazwisko brzmi Marecka – prowadzi ze mną przyjazną rozmowę. Zza uchylonych drzwi gabinetu dochodzi odgłos ożywionej rozmowy telefonicznej prowadzonej… w soczystym języku żydowskim. Gdy w otwartych drzwiach ukazał się przedstawiciel KPP we własnej osobie, zapraszając mnie do wejścia, stwierdziłam ze zdumieniem, że nikogo prócz niego nie było w gabinecie; a zatem, to on sam mówił przed chwilą w moim macierzystym języku. Wacław Bogucki był Polakiem. Z natury wesoły,

– 7 –

swojski. Polszczyzna w jakiej zwraca się do mnie ma akcent wileński, względnie kresowy. Ten rodowity Polak ładniej mówił po żydowsku, niż po Polsku – przeszło mi przez myśl.

Z czasem dowiedziałam się od towarzyszy z Mińska, że na Białorusi Bogucki zwykł byłprzemawiać na zebraniach do robotników żydowskich po żydowsku, co w tym środowisku decydowało o sukcesie partii komunistycznej, w imieniu której występował. Opowiadano mi również, że na zebraniach robotniczych, w których uczestniczyli też nie-Zydzi, zwykł Bogucki tłumaczyć na język białoruski przemówienia delegatów żydowskich, którzy nie znali żadnego języka oprócz własnego. Dzięki temu wzrosła jego popularność wśród żydowskich ludzi pracy, którzy uważali go prawie za „swojego”.

Bogucki przyjął mnie ciepło, przyjaźnie, jak starą znajomą, jakkolwiek było to nasze pierwsze spotkanie. Po krótkiej indagacji „kto zacz?”, „Kim jesteś?” poprosił sekretarkę: „Połącz mnie z tow. Zofią”. (Chodzi o Zofię Dzierżyńską, żonę Feliksa – przyp. red.). I oto mówi już z ową Zofią, jak gdyby mnie przy tym wcale nie było. „Przyjechała z Warszawy towarzyszka z wyższym wykształceniem. Co? Tak, Zydówka, ale widać, że polski jest jak gdyby jej ojczystym językiem. Dziewczyna – ogień – spojrzawszy na mnie ciepło, dodał – w sam raz dla Was… jak ulał. Przyślę ci ją”.

Dopiero teraz, gdy odłożył słuchawkę, zwraca się do mnie: „Potrzebni są tu ludzie do pracy wśród Polaków. Polska sekcja przy KC KP(b), z którą właśnie rozmawiałem o tobie, nie daje nam spokoju: „Przysyłajcie nam nowoprzybyłych emigrantów politycznych”. I objaśnia mi:

„Wśród miejscowych Polaków jest bardzo mało członków partii, i nie zawsze można im powierzyć pracę wśród tubylczej ludności polskiej…”

Wybierz sobie nazwisko
Bogucki odsyła mnie z powrotem do sekretarki. Od niej mam otrzymać oficjalny dokument dla WKP(b), w którym będą odnotowane wszelkie dane o mojej przynależności do KPP. „Jakie nazwisko wybrałyście sobie?” – brzmi jej pierwsze pytanie. „Przybyłam tu jako Sara Sznajderman, córka Mojżesza” – odpowiadam.

A po cóż wam tu, w Związku Radzieckim, takie imię i nazwisko? Wybierzcie sobie słowiańskie, dobrze brzmiące” – uświadamia mnie, i natychmiast budzi się we mnie nieprzyjemna asocjacja – z tym, co mnie tak odstręczało tam w kraju. „Przed kim powinnamtu ukrywać moje pochodzenie?” – nie mogę się pohamować. Chwila milczącego napięcia. „Nie życzę sobie słowiańskiego nazwiska, ani słowiańskiego imienia. Zapiszcie: Sara Sznajderman, córka Mojżesza”. Powiedziałam już to zbyt głośno, jak na dobrze wychowaną osobę. „Wiecie co? Zastanówcie się jeszcze…” – radzi mi przyjaźnie, z uśmiechem, uprzejma i jak widać doświadczona w tych sprawach sekretarka. „Poradźcie się tutejszych towarzyszy i przyjdźcie jutro z ostateczną odpowiedzią”.

Mało kto z moich nowoprzybyłych towarzyszy oparł się tej pokusie. Lea Kantorowicz przeobraziła się w Jelenę Kamińską; jej mąż Icchak Gordon – w Aleksandra Lenowicza; Nechama i Józef Feigenbaum stali się Natalią i Osipem Krawczyńskimi; Chana Milsztajn jest tu Hanną Turską; Motke Hajman to teraz Mikołaj Wojnarowicz; z jednego Rapaporta zrodził się Krawiecki, z drugiego, częstochowskiego – Józef Karpiński, itd., itp. Nawet mój Szaul, który szczęśliwie przybył dwa tygodnie po mnie z Warszawy do Moskwy, porwany został ogólnym prądem i zgodził się zmienić swe imię i nazwisko – Szaul Landał – na Teodor Skórski. Pod tym nazwiskiem żył i publikował swe prace w Związku Radzieckim do dnia swej tragicznej śmierci (…).

– 8 –

Aryjskie nazwisko zapewniało skierowanie na bardziej odpowiedzialną pracę, na „nie żydowskiej” ulicy. I tutaj, tak jak w reakcyjnej Polsce, partia nie chciała „drażnić” tzw. „rdzennego społeczeństwa”. Mimo wszystko nie żałowałam ani razu w ciągu tych 32 lat, spędzonych w Związku Sowieckim, że pozostałam Sarą Mojsiejewną.

(…).

Pięta Achillesowa

Nie każdy emigrant polityczny spotkał się w owych latach z tak ciepłym przyjęciem w przedstawicielstwie polskim przy Komintermie jak ja i wszyscy ci, których zamierzano skierować do pracy w instytucjach polsko-sowieckich.

Gdy do tego samego Boguckiego zgłosił się nieco później mój mąż, Szaul Landau, którego KPP przetransportowało chorego w ten sam co i mnie sposób, oburzenie Boguckiego było tak wielkie, że nie był w stanie ukryć swego protestu przeciw „żydowskiemu zalewowi”.

„Rany boskie” – chwycił się przedstawiciel KPP za głowę, usłyszawszy jego daleką od doskonałości polszczyznę – słuchaj no chłopcze, czy tam prześladują wyłącznie towarzyszy żydowskich?… Do diabła! To przecież prawdziwe tchórzostwo!… A któż za was będzie tam robił rewolucję?!… I nie posiadając się z oburzenia, dodał: „U przywódców Komitetu Wykonawczego Kominternu wywołuje to wrażenie, że KPP składa się wyłącznie z Zydów!…”

Jeśli zaś chodzi o Wacława Boguckiego, to dla wszystkich, którzy go znanli było jasne, że postępuje w ten sposób z Zydami nie ze względu na swe antysemickie nastawienie. Nie mogło być żadnej wątpliwości, że Bogucki nie robi tego z własnej woli, lecz na skutek nacisku „z góry”. Bo „złota nić” biegnie bezpośrednio stamtąd. Tu jak i tam, w kraju, nadal nurtuje przeklęty problem „zbyt dużej proporcji komunistów żydowskich w KPP”. Tyle że tam, w reakcyjnej Polsce, napomyka się o tym w komórkach partyjnych półsłówkami, tutaj zaś można sobie pozwolić mówić o tym otwarcie. Również tutaj w Kominternie – w przenajświętszym przybytku – wielka liczba Zydów w KPP tkwi niczym kość w gardle, której ani połknąć ani wypluć nie sposób.

W moim otoczeniu obszernie wówczas komentowano cyniczną wypowiedź pod adresem KPP

Karola Radka, Zyda z Polski, na posiedzeniu Kominternu, gdy poprztykał się z jej przedstawicielami: „A czym może poszczycić się KPP? Chyba swoją żydowską większością!

Spójrzcie trzeźwo, przecież wasz król jest nagi”.

A jak zareagowali na to przedstawiciele, po większej części Zydzi? Skonsternowani, zawstydzeni, nie zareagowali wcale. Ostremu językowi Karola Radka przypisywano również powiedzonko „Pięta Achillesowa”, jakim określało się w Komintermie zalew żydowski.<>Tylko na krótki czas byłam pewna, że tow. Dzierżyńska powierzyła mi poważną tajemnicę partyjną, której nie wyjawiałaby byle komu. W swej naiwności sądziłam, iż o głównym celu pracy polskiej w Związku Sowieckim – o „eksporcie” – powinni wiedzieć tylko nieliczni wybrani. Niebawem przekonałam się, że dla tych, którzy są zwiazani z pracą polską na Ukrainie, owa „tajemnica” nie jest żadnym sekretem. Przygotowywanie rdzennie polskich kadr dla przyszłej Polski socjalistycznej przeprowadzają tu twardą ręką. Mówią o tym w

– 9 –

kręgach partyjnych, jak o zadaniu najwyższej wagi. U nas, na Ukrainie, chodziło głównie o przygotowanie średniej warstwy inteligencji polskiej – nauczycieli, urzędników aparatu państwowego i oczywiście działaczy partyjnych, komsomolskich itd. Wyższe kadry ideologiczne dla przyszłego polskiego rządu komunistycznego przygotowywano w Moskwie.

Tam też mieszkało wielu wybitnych polskich emigrantów politycznych, naukowców oraz teoretyków marksistowskich.”<>W Związku Sowieckim nie było wystarczającej ilości rdzennych Polaków, którzy byliby zdolni do prowadzenia stosunkowo rozgałęzionej pracy partyjno-kulturalnej wśród ludności polskiej. Partia nie mając innego wyjścia, zwracała się zatem do Zydów emigrantów z Polski. Ich wkład do tej pracy był rzeczywiście bardzo znaczny. Wśród personelu pedagogicznego kijowskich zakładów naukowych, dokąd zostałam skierowana przez partię, żydowscy wykwalifikowani pracownicy stanowili poważny procent. Polski był tutaj językiem wykładowym, z czasem gdy zabrakło nauczycieli mogących wykładać po polsku, zaczęto zatrudniać również pedagogów, którzy wykładali po ukraińsku lub rosyjsku. Tak też było w Polskim Oddziale Ukraińskiej Szkoły Partyjnej w Kijowie. Wymienię jedynie niektórych spośród moich przyjaciół i znajomych w polskich zakładach naukowych w Kijowie: Boruch Huberman, Basia Alter, Michał Frenkin, Borowska, Politur, Tai – kierownik katedry materializmu dialektycznego, Sonia Huberman, Cesia Angielczyk, Regina Rosenblum i wiele innych.

Faktycznym redaktorem gazety polskiej w Kijowie był Zyd emigrant polityczny, mój towarzysz, Karol Wojsławski. W polskiej organizacji młodzieży komunistycznej oraz w polskiej audycji radiowej pracowała jego bliska krewna aktywistka warszawskiej młodzieży komunistycznej, która uciekła z Polski – Hanka Turska (Chana Mijlsztain), dyrektor polskiego teatru państwowego w Kijowie i niektórzy aktorzy – za moich czasów, byli również Zydzi (ich nazwiska, prócz aktorki pani Lifszyc, zatarły się w mej pamięci).

Wspomniałam już o tym, że z braku rdzennych Polaków komunistów, musiano zamianować Zyda Samuela Łazowerta dyrektorem Instytutu Naukowego Polskiej Kultury Proletariackiej przy Wszechukraińskiej Akademii Nauk w Kijowie.<> Gdziekolwiek zjawiałam się kierownictwo miejscowe zaczynało od skarg na ludność polską, jak twardym orzechem jest ona dla władzy, jak ciężko pokonać jej cichy sabotaż.

Zdarzały mi się takie osobliwości: kierownik, który sam jest Polakiem, macha ręką: „Kto ich tam wie? Kto może odgadnąć jaki kamień każdy z nich chowa w zandarzu?”. <> „Gomułka był postacią niepopularną wśród żydowskich komunistów w PPR. Jeden z przywódców żydowskiej sekcji etnicznej w PPR (tzw. Frakcji PPR), Grzegorz Smolar, zarzucał mu m.in. opór wobec repatriacji polskich Zydów z ZSRR w 1945 r., umniejszanie znaczenia walk w gettcie warszawskim, podkreślanie monolityczności etnicznej Polski Ludowej. Równocześnie jednak według Smolara, to właśnie Zofia Gomułkowa (za zgodą Władysława Gomułki) nadawała działaczom pochodzenia żydowskiego polskie nazwiska, by mogli oni objąć wysokie stanowiska, „nie rażąc swoim pochodzeniem”. Hersz Smolar, który przyjechał z ZSRR do Polski latem 1946 r., tak opisał w swoich wspomnieniach procedurę zmiany nazwisk towarzyszom pochodzenia żydowskiego: „Zalman (Zygmunt) Kratko przedstawił mnie Zofii, tak po domowemu nazywano żonę Gomułki, która pracowała wtedy w wydziale kadr (KC). Wówczas już wiedziałem o swoistym procederze chrztu (hebr. szmad), który odbywał się właśnie w tym wydziale przy pomocy Zofii. Dotyczył on żydowskich działaczy komunistycznych, o których się martwiono. Na wszelki wypadek zmieniano im imiona i nazwiska na brzmiące po polsku, czyniąc z nich czystych rasowo Polaków. Prawdopodobnie z żydowskiego środowiska pochodziło żartobliwe określenie takich działaczy mianem „POP” – pełniący obowiązki Polaka. Twarz jak twarz (to znaczy człowiek może jeszcze uchodzić za Aryjczyka), ale nazwisko… Nazwisko i imię, jak nazwisko i imię (żona Gomułki), ale twarz – niech ją Pan Jezus weźmie w opiekę<>posiada broń krutkom<> ”Obie panie, to jest Julia Mincowa i Edda Werfel, utrzymują stosunki towarzyskie i prowadzą często dosyć nieostrożne rozmowy. Towarzyszka Julia skarżyła się np. pewnego dnia, że nie może dostać kucharki. Na co Edda z miejsca odpowiedziała: „ – Cóż w tym dziwnego, skoro wszystkie kucharki zostały żonami ministrów”.

W zbiorze materiałów WKP(b) opublikowanych w 1995 roku pt.”Polska – ZSRR. Struktury podległości” zamieszczony został raport Władysława Sokołowskiego (s.Iwana, inspektora Wydziału Organizacyjno-Instruktorskiego, członka WKP(b) od 1931), skierowany 13 czerwca 1944 roku do KC WKP(b). Zarzuca on oficerom pochodzenia żydowskiego, przede wszystkim szefowi Zarządu Politycznego Armii, ppłk Mietkowskiemu i jego zastępcy, Zambrowskiemu, iż na wszystkie intratniejsze stanowiska wsadzają swoich pobratymców, „którzy patrzą na aparat polityczny jako na miejsce wypoczynku, przyjemnego spędzania czasu oraz bogacenia się” (s. 75). Zgodnie z dyrektywą Mietkowskiego (wówczas szefa Zarządu Politycznego Armii), Zydzi pracujący w aparacie politycznym podają się za Polaków, (…). „Skład narodościowy aparatu politycznego Armii Polskiej na dzień 1 czerwca 1944 roku – relacjonuje Sokołowski – wygląda następująco: na 44 oficerów Zarządu Politycznego (łącznie z redakcją gazety wojskowej i kierownictwa Domu Armii Polskiej – 34 Zydów, 5 Polaków z ZSRR oraz 5 Polaków z Polski, przy czym wszystkie stanowiska kierownicze (szef Zarządu Politycznego, jego zastępca, szefowie wydziałów, redaktor gazety) są obsadzone przez Zydów” (s.76). Te same stosunki panują na niższym szczeblu: „na 43 pracowników politycznych na szczeblu pułku – 31 Zydów. W pułkowym aparacie politycznym poszczególnych pułków (4 Pułk Artylerii Przeciwpancernej, 5. Pułk Piechoty) nie ma ani jednego Polaka” (s.76). <> 15 listopada 1948 roku – pomimo, formalnie ujawniony i amnestionowany – major Hieronim Dekutowski, kawaler Virtuti Militari, został skazany na śmierć. Prócz niego – na śmierć skazano jeszcze sześciu partyzantów „Zapory”. Tylko w stosunku do siódmego z oskarżonych w tym samym procesie, do Władysława Siły-Nowickiego – „Stefana”, Bierut
skorzystał z prawa łaski.

Do wykonania wyroku „Zaporę” trzymano w mokotowskim więzieniu, jeszcze poddawano przesłuchaniom, a nawet torturom. Obiecywano darowanie życia za ujawnienie miejsca pobytu „Uskoka”… Dekutowski nikogo nie zdradził. Oprawcy przyszli po niego 7 marca 1948 roku. Autorka pierwszej monografii o „Zaporze” (wydanej w 1995 roku!) tak opisuje jego ostatnie chwile:

„Miał trzydzieści lat (…). Wyglądał jak starzec. Siwe włosy, wybite zęby, połamane ręce, nos i żebra. Zerwane paznokcie. – My nigdy nie poddamy się! – krzyknął, przekazując przez współwięźniów swe ostatnie posłanie. Według dokumentów, wyrok wykonano przez rozstrzelanie. Mokotowska legenda głosi jednak, że ubowscy kaci zapakowali majora „Zaporę” do worka, worek podwiesili pod sufitem i strzelali, sycąc swą nienawiść widokiem płynącej spod sufitu niepokornej krwi. Potem, w pięciomminutowych odstępach, mordowali jego żołnierzy: „Rysia”, „Zbika”, „Mundka”, „Białego”, „Junaka” i „Zawadę”. Nie wiadomo, co ludowa władza zrobiła z ciałami pomordowanych. Martwi, nadal stanowili dla niej śmiertelne zagrożenie. Nie doczekali się pochówku. Nie mają grobów.”

(Zobacz: B.Urbankowski, „Czerwona Msza. Czyli uśmiech Stalina”, tom I, str. 582).

I znowu Torańska: – „W listopadzie 1945 r.: w okolicy Tarnobrzegu areszowano ponad 500 męszczyzn za zwołanie zebrania poświęconego pamięci zmarłego Wincentego Witosa; w rejonie Ostrowa Wielkopolskiego 150 ludzi osadzono w obozie, w którym poprzednio trzymano Niemców; w Kępnie wyciągnięto z domów 300 osób, wielu z nich nigdy nie wróciło.”.

Berman na to odpowiedział, że o tym nie wiedział – nie tkwiłem w tych materiałach”. Tak samo tłumaczył się na VIII Plenum KC PZPR w 1956 roku., o czym później.

– 20 –

Oczywiście, Berman tu łgał, bo nie mógł nie wiedzieć o dokumencie podpisanym przez S.Radkiewicza, a wydanym przez „Min.Bezp. Publ. Warszawa, S.VIII/1233/172, 4.12. 1945, skierowanym jako „TAJNE” do Wojewódzkich Urzędów Bezpieczeństwa Publicznego i placówek UB, gdzie czytamy:

„W ostatnich tygodniach na terenie całego kraju wzmogła się działalność band reakcyjnych i konspiracyjna działalność antypaństwowa.

Jesteśmy w posiadaniu dokumentów stwierdzających, że akcja ta jest popierana przez legalne

stronnictwa opozycyjne, które z tą akcją sympatyzują. Szereg poufnych wystąpień tych stronnictw miał charakter wybitnie wrogi dla Rządu i demokratycznego ustroju. Stronnictwa te usiłują rozbić jednolity blok stronnictw demokratycznych.

W związku z tym polecam kierownikom placówek UB, aby w jak największej tajemnicy przygotowali akcję mającą na celu likwidowanie działaczy tych stronnictw, przy czym musi

być ona upozorowana, jakoby robiły to bandy reakcyjne. Do akcji tej wskazanym jest użyć

specjalnych bojówek stworzonych latem ub. roku. Akcji tej towarzyszyć ma kampania prasowa skierowana przeciw bandom terrorystycznym, na które spadnie odpowiedzialność za te czyny. (Podkr. moje – W.G.). Szczegóły wykonania powierza się kier. placówek UBP pod surową odpowiedzialnością osobistą.”. Podpisano: ( – ) Radkiewicz

(Zob.”Krytyka”, Nr. 6, j.w., str.147).

I ostatni przykład z Torańskiej ”ONI”: – >>Według Krystyny Kerstenowej (”Historia Polityczna Polski 1944 – 1956”): „Zakres wszystkich form represji był bardzo duży, był on

przy tym częściowo tylko funkcją realnego oporu, jaki napotkała władza. Represje dotykały

nie tylko ludzi występujących z bronią w ręku, lecz także zaangażowanych w działalność polityczną, nie wykraczającą poza zakres swobód, zagwarantowanych umowami jałtańskimi.

Dotykały także masowo ludności wiejskiej”. I liczby: piędziesiąt, a przed wyborami do sejmu i sto wyroków śmierci miesięcznie, ogłaszanych w GŁOSIE LUDU obok cen kartofli i cebuli

oraz 100 tysięcy (według obliczeń MPB) lub 150 tysięcy (według późniejszego MSW) trzymanych w więzieniach i piwnicach UB-owskich.<> Dekret o Komisji Specjalnej przewidywał utworzenie obozów dla „przestępców gospodarczych” (…) i do roku 1949 Komisja zajmowała się przeważnie walką na tym froncie – „bitwą o handel”, wywożeniem do obozów kupców, działaczy spółdzielczych i chłopów. Od roku 1949 Komisja Specjalna zajmuje się głównie sprawami politycznymi, uzupełniając działania represyjne UB – m.in. przez administracyjne zsyłanie do „obozów pracy” tych podejrzanych, przeciwko którym ubowcy nie zgromadzili dowodów winy (…). W obozach przebywały również kobiety – nawet ciężarne i z niemowlętami. (…). Jeśli w pierwszej połowie

(do roku 1949) działalności Komisja skazała na obozy 16,5 tysiąca więźniów, to w drugiej ponad 10 razy tyle, ponad 180 tysięcy. Ogółem wydano 460 tysięcy wyroków, co oznacza, że

– 21 –

co 50 Polak był ofiarą Komisji Specjalnej (…) <>Istotnie od 2 stycznia 1949 rozpoczęło się owo „piekielne śledztwo”. Siedział wtedy w więzieniu mokotowskim na oddziale XI, a potem w pawilonie A na oddziale XII. Stamtąd podziemnym korytarzem prowadzono do pokojów śledczych, mieszczących się w tzw. „pałacyku”. W czasie śledztwa trwającego dwa lata z okładem poddany został 49 rodzajom maltretacji i tortur. W piśmie do Sądu Najwyższego pisanym w wiązieniu w Sztumie 25 lutego 1955 roku sucho wyliczył numerując owe 49 rodzajów: bicie pałką gumową w specjalnie uczulone miejsca – nasadę nosa, podbródek, łopatki, pięty; bicie batem obciążonym tzw. lepką gumą, bicie drągiem mosiężnym, drutem, drewnianą linią; kopanie, siedzenie na drucie, który ranił odbytnicę; przysiady do omdlenia,

wielogodzinne stójki, wyrywanie włosów tzw. „podskubywanie gęsi” ze skroni, brody, piersi i krocza, przypalanie ogniem dłoni, miażdżenie palców między ołówkami, tortura bezsenności przez 7-9 dni – budzenie więźnia, który stał w celi uderzeniami w twarz – ta tortura zwana

„plażą” lub „zakopanem” wywoływała zaburzenia psychiczne zbliżone do halucynacji; tortura pragnienia przez kilka dni.<> ”Jest absolutnie bezsporne, że Różański sam bił do krwi, tolerował bicie i podżegał do niego podwładnych mu funkcjonariuszy, bijąc w ich obecności. Jego istotną umiejętnością

„zawodową” było psychiczne dręczenie ludzi w śledztwie i wydostawanie od nich tą drogą informacji, często fałszywych, których wcześniej nie podaliby nawet podczas tortur w katowniach gestapo.” <> „Znamienne wydarzenie opowiedział Komisji sędzia Najwyższego Sądu Wojskowego płk.

Sieracki.

W krakowskim sądzie rejonowym był szefem ppłk. Staszica. W roku 1950 zastępował go chwilowo mjr Hollitscher. Któregoś dnia w godzinach służbowych, do pokoju kierownika

– 25 –

sekretariatu, w którym znajdowało się kilku oficerów sądowników, wszedł oficer Okręgowego Zarządu Informacji kp. Zweig – w czapce na głowie, z ręką w kieszeni i z papierosem w ustach. Gdy w chwilę później wszedł mjr Hollitscher, kierując się do swego gabinetu i kpt.

Zweig, nie zmieniając pozy, zwrócił się do niego, mjr Hollitscher zapytał go: „kto jesteście?”. Na odpowiedź kpt. Zweiga, że jest z Informacji, mjr Hollitscher oświadczył:

„Ale to was nie upoważnia do zachowania się niewłaściwie. Zdejmijcie czapkę i wyjmijcie papierosa z ust. Tu w pokoju wisi godło państwa”.

Dziwnym zbiegiem okoliczności wkrótce potem wszczęto przeciw mjr. Hollitscherowi postępowanie i 2 października 1950 roku przyszedł go aresztować nie kto inny, lecz kpt. Zweig.

Warto zapoznać się bliżej z losem śmiałka, który porwał się strofować oficera Informacji.

Akt oskarżenia, sporządzony 27 stycznia 1951 roku zarzucał mjr. Hollitscherowi, że przez swe krytyczne wypowiedzi „usiłował wytworzyć u słuchających go osób wrogie nastawienie psychiczne, przygotowując w ten sposób grunt do obalenia przemocą Demokratycznego ustroju Państwa Polskiego”. Za przestępstwo takie grozi wedle KKWP kara więzienia do

15 lat. Wśród owych krytycznych wypowiedzi miało znajdować się także zajmowanie rzekomo negatywnej postawy wobec marksizmu (Hollitscher podawał się za wierzącego katolika) i „fałszywe przedstawianie form organizacyjnych spółdzielczości produkcyjnej w Polsce”.

W lipcu 1951 roku Najwyższy Sąd Wojskowy nadał „przestępstwu” mjr. Hollitschera łagodniejszą formę, potraktował je mianowicie jedynie jako karygodne rozpowszechnianie

fałszywych wiadomości i skazał oskarżonego z mocy art. 22 mkk na rok więzienia.

Po odcierpieniu tej kary mjr. Hollitscher co pewien czas składał prośby o zatarcie skazania

w drodze łaski. Ale Najwyższy Sąd Wojskowy prośbom tym nie nadawał biegu. Dopiero w

styczniu 1957 roku Zgromadzenie Sędziów N.S.W. zrehabilitowało Hollitschera, uchylając

wyrok z roku 1951 i umarzając postępowanie z b r a k u c e ch p r z e s t ę p s t w a w

zarzucanym mu czynie.

Takie były skutki próby ukrócenia arogancji oficera Informacji.”

Tutaj należy się krótkie wyjaśnienie czytelnikowi nie obeznanemu z ówczesnymi niuansami

organizacyjnymi, tworzonymi na swój użytek przez bandę kominternowsko-żydowską.

A więc, „Państwowy Urząd Bezpieczeństwa”, w skrócie „UB” (a potem po 56r. „SB”), to była organizacja (oddział partyjny – takie PRL-owskie GeStaPo) do walki z cywilną częścią społeczeństwa; z obywatelami, którzy mieli inne poglądy od komunistycznych i kominternowsko-żydowskich. Ich celem i zadaniem było nakłonić Polaków, żeby wyznawali i podzielali poglądy, jakie klika żydowsko-kominternowska uzna za właściwe (czytaj: poprawne politycznie, czyli korzystne dla niej) w danej chwili.

Opornych trzeba było zmusić do wyznawania takich poglądów siłą. Tę siłę zastosowali np. wobec prymasa Wyszyńskiego i biskupa kieleckiego, Kaczmarka; wobec chłopów stojących

ideowo i niezłomnie przy Witosie, nie mówiąc już tutaj o ocalałych z pogromu niemieckiego, sowieckiego i żydowskiego (z I-szego PRL-u) niedobitkach resztek inteligencji polskiej

(ostatniego garnituru) – wyznających i kultywujących wartości bliższe Polakom, aniżeli Niemcom, Rosjanom, Ukraińcom, Czechom czy Zydom. UB była organizacją stworzoną do walki z Polakami, którzy nie podzielali poglądów czerwonych talmudystów.

Natomiast „Informacja Wojskowa”, to skrót od „Głównego Zarządu Informacji Wojskowej”,

organu, który miał zadania nieco inne (piszę „nieco inne” dlatego, że ze sobą bardzo ściśle współpracowały, np. czy pojmanego patriotę polskiego w tym wypadku postawić przed

– 26 –

karnym sądem cywilnym, czy przed wojskowym). G.Z. I.W. był organem bandy kominternowsko-żydowskiej do niszczenia inteligencji polskiej ze stopniami wojskowymi. Kadra oficerska Armi Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych, Batalionów Chłopskich,

przywódców WiN i im podobnych organizacji niepodległościowych, podlegała pod jurysdykcję G.Z. Informacji Wojskowej I-szego PRL-u.

Zydzi z bandy KPPowsko – PPRowskiej dopuścili się okrucieństw niepospolitych. Najpierw znęcali się brutalnie i bezlitośnie nad Polakami a potem mordowali ich z zimną krwią za to tylko, że byli Polakami i bronili niepodległości swej ojczyzny. Jako jeszcze jeden przykład

bestialstwa bandy żydowsko-kominternowskiej niech posłuży historia legendarnego „Warszyca” i jednego z jego oddziałów partyzanckich.

>> Na ślad grobu „Warszyca” nie natrafiono. Znaleziony jednakże został jeszcze jeden makabryczny trop. Według jednego z przekazów, „Warszyc” miał zostać po rostrzelaniu

wrzucony do poniemieckiego bunkra pod Bąkową Górą, gdzie wrzucano też wcześniej zabitych jego żołnierzy – kilkunastu chłopaków, z których najmłodsi nie mieli 18 lat. W orzeczeniu rehabilitacyjnym wydanym w 1991 roku przez Sąd Wojewódzki w Piotrkowie

czytamy na temat ich śmierci:

„Egzekucja skazanych na karę śmierci miała wszelkie cechy mordu połączonego z okrutnym okaleczeniem ciała (łamanie nóg i żeber, wydłubywanie oczu, wbijanie gwoździ w głowę, wycięcie języków, odcięcie dłoni)…” <> Według

sprawozdania Zofii Wasilkowskiej (Ministra Sprawiedliwości) „spośród przebywających w więzieniach na dzień 1 maja blisko 70 tysięcy więźniów śledczych i po wyrokach, na 20 maja pozostało w więzieniach już tylko niespełna 30 tysięcy więźniów, (…)” <> W roku 1918 bolszewicy uchwalili dekret o czerwonym terrorze. Postanowiono zlikwidować tych wszystkich, którzy z uwagi na „pochodzenie społeczne,czy działalność

polityczną i zawodową, w chwilach niebezpiecznych dla władzy sowieckiej, mogliby przejść

do obozu wroga”. Mordowano zatem rdzennych Rosjan: oficerów, ziemian, kupców, uczonych, profesorów, duchowieństwo, studentów, rzemieślników, a nawet robotników i

– 32 –

chłopów. Zgodnie z historycznymi tradycjami, wymordować 75 tysięcy ludzi w ciągu jednego dnia, tylko dlatego, że znalazłszy się w obozie przeciwnika mogliby ewentualnie psuć interes,

dla organizatorów rewolucji bolszewickiej – nie było rzeczą trudną.<> Czy „Archipelag Gułag” nie ma charakteru bardziej pierwotnego, niż Auschwitz; czy nie istnieje

tu związek; czy wszystko, co narodowi socjaliści uczynili później, przy pomocy metod technicznych drogą gazowania jako wyjątek, było opisane już wcześniej w bogatej literaturze

w latach 1920-stych: Masowe deportacje, masowe wyroki śmierci, tortury, obozy śmierci, brutalne wytępianie całych grup ludnościowych?”.

Tutaj warto przez chwilę zastanowić się: Czy bolszewicką politykę genetycznego przekształcania społeczeństwa wcielali w życie tylko komuniści w Rosji, narodowi socjaliści niemieccy, a potem czerwoni Khmerzy w Kambodży? A co w świetle powyższych faktów da się powiedzieć, na przykład, o Komunistycznej Partii Polski (KPP), która została przysłana do

Polski z ZSRR, a którą gen. Berling zdefiniował na podstawie własnego doświadczenia jako

bandę żydowsko-kominternowską?

„Z kim się zadajesz, takim się sam stajesz”
KPP zrodziła się i wyrosła z korzenia komunistycznego ruchu bolszewickiego. Była szkolona i kształtowana przez bolszewików. I z natury rzeczy w duchu bolszewickim – no bo w jakim? Nic zatem dziwnego, że po przybyciu do Polski przystąpili do realizacji idei, którymi

nasiąknęli w podmoskiewskiej szkole kominternowskiej i co nauczyli się przy boku komunizmu bolszewickiego. Toteż kontynuacja bolszewickiej polityki eksterminacji elit polskich (Katyń) i nazistowskiej (likwidacja fizyczna profesorów uniwersyteckich i innych warstw inteligencji), była naturalnym celem Zydów z KPP, żeby zdobyć władzę w Polsce i potem ją utrzymać.

Z myślą o tym, po znalezieniu się na ziemi polskiej (w Lublinie), uchwalili 31 sierpnia 1944 roku, wzorem bolszewików z 1918 roku, dekret zwany „dekretem sierpniowym”). W oparciu

– 33 –

o ten dekret likwidowano resztki ocalałej inteligencji polskiej. Fakty mówią same za siebie.

Wspomniany już wcześniej UBek żydowski, pułk. Józef Swiatło, mówił, że: „”Komuniści polscy przyjęli od Moskwy nie tylko zasady samego ustroju komunistycznego, ale również metody ucisku, dzięki którym utrzymują się oni przy władzy.” (Zob. „Mówi Józef Swiatło”,

j.w., str. 205).

Wspomniana już wcześniej „krwawa Luna”, czyli Julia Brystygier, ważna wówczas

KPP-owska persona, bo dyrektorka Departamentu V „Państwowego Urzędu Bezpieki”,

(czyli takiego PRLowskiego GeStaPo), na odprawach wydawała funkcjonariuszom (Zydom)

z UB instrukcję, będącą naturalnym odbiciem dekretu bolszewickiego z 1918 roku – dekretu,

który 56 lat później wcielali w życie czerwoni khmerzy pod przywództwem Pol Pota w Kambodży.

„W istocie cała polska inteligencja jest przeciwna systemowi komunistycznemu i właściwie

nie ma szans na jej reedukację. Pozostaje więc jej zlikwidowanie. Ponieważ jednak nie można

zrobić błędu, jaki uczyniono w Rosji po rewolucji w 1917 roku, ekterminując inteligencję i w ten sposób opóźniając rozwój gospodarczy kraju, należy wytworzyć taki system nacisków i

terroru, aby przedstawiciele inteligencji nie ważyli się być czynni politycznie”. (Zob. http://pl.wikipedia.org./wiki/Julia_Brystygier ). Warto tu podkreślić, że wytworzyli rzeczywiście „taki system nacisków”, w wyniku którego wymordowali kilkadziesiąt tysięcy Polaków a kilkaset tysięcy uczynili inwalidami na resztę życia. Już chyba nie potrzeba tutaj dodawać, że przyczynili się tym wydatnie do opóźnienia rozwoju gospodarczego Polski.

Dla pełności tego obrazu, co działo się za sprawą „krwawej Luny” i jej pobratymców, warto

dodać wspomnienie jednego z uwięzionych Polaków, który przeżył zbrodnie żydowskie w

Polsce. „Krwawa Luna” to: „zbrodnicze monstrum przewyższające okrucieństwem niemieckie dozorczynie z obozów koncentracyjnych”. Można to skomentować, że jest to mocno powiedziane, ale i ilustrujące ówczesny przebieg procesu przeobrażania genetycznego narodu polskiego pod sztandarem tworzenia nowego ustroju i nowych stosunków społecznych. Ten „nowy ustrój” i „nowe stosunki społeczne” miały opierać się na tym, że władzę w Polsce sprawować mieli Zydzi w opakowaniu socjalistycznym i polskim. Wspierać ich miały polskie szumowiny (z „awansu społecznego”), pełniące faktycznie (ze względu na ograniczenie

umysłowe) funkcję pożytecznych idiotów, a w rzeczywistości – szabesgoji. Ocalałe z pożogi wojennej resztki inteligencji polskiej nie nadawały się do budowy „nowego ustroju” i „nowych stosunków społecznych” (czyli nie nadawały się do tworzenia raju dla Zydów na terytorium Polskim). Państwo Izrael nie istniało wtedy i niewiele osób zdawało sobie sprawę, że może zaistnieć, dlatego koniecznym było te aktywne politycznie resztki Polaków, zlikwidować fizycznie i unicestwić psychicznie. Polacy mieli pełnić rolę podrzędną; pełnić co najwyżej funkcję wykonawczą pomysłów bandy żydowsko-kominternowskiej.

Można tu powiedzieć, że w 1945 roku pierwszą rundę wygrali Zydzi, II rundę w 1989 roku

(„okrągły stół” i Mgdalenka) wygrali Zydzi. III runda, to ostatnia szansa dla Polaków (tych

rdzennych i oczywiście złupionych).

Aleksander Matejko (którego publicystyki nie lubiałem, bo była tworzona przez niego pod wpływem doznanej traumy, ale w faktach był uczciwy) – pisze, że: >> „ przed drugą wojną

światową inteligencja stanowiła w Polsce ok. 6% ludności, tzn. ok. 2 milionów. Następuje wojna, Katyń, sowiecko-hitlerowska polityka eksterminacji w pierwszym rzędzie właśnie

– 34 –

inteligencji, emigracja wojenna i powojenna. Trudno teraz, nie dysponując odnośnymi materiałami, stwierdzić jaki procent tej grupy pozostał w Polsce przy życiu, ale zapewne nie bardzo się omylimy , jeśli stwierdzimy, że niewielki. Ci ludzie, nieliczni inteligenci – z tego

między innymi powodu, że tak nieliczni – cenieni byli zaraz po wojnie na wagę złota. (…).Bezwzględna i krwawa rozprawa z A.K., wytyczanie procesów w istocie za nic innego, jak

właśnie za „inteligenckość”, dopełniły reszty. Inteligencja jako klasa społecznie istotna przestała istnieć, niedobitki zaś – co zrozumiałe – przeszły na „emigrację wewnnętrzną”.

Wygrał oficer śledczy (prowadzony przez „krawą Lunę, czy przez J.Bermana – dopis.

mój – W.G.) mówiący do badanego AKowca: „Teraz ty inteligencki ch… poczujesz pięść polskiego robotnika”. I, ten, cytowany przez mnie, poczuł – 10 lat w celi śmierci – i do końca życia jej nie zapomni.<>(…) i się nim zaniepokoił: uderzyło go specjalnie całkowite opanowanie przez Zydów cenzury, radia, telewizji, urzędów prasowych, prasy. „W klubie dziennikarzy w Warszawie”, mówił mi wielokrotnie, „są sami Zydzi, poza

– 35 –

mną i… kelnerami”.<> (…) skazywano na przemiał książki ze względu na ich autorów czy z racji myśli w nich zawartych, myśli – dodajmy – właśnie dla „lewicy” rządowej niewygodnych. Odpowiednie władze systematycznie sporządzały całe spisy takich druków skazanych przez sprawujących

władzę na utonięcie w niepamięci. Praktyki te przypomniał „Przegląd Tygodniowy” (I.Morżoł, M.Ogórek. „Wymiana poglądów”, 7 VIII 1988, nr, 32, str. 6-7).” (Cytuję to

z marksistowskiego tygodnika pt. „Sprawy i Ludzie”, nr 40-339, z 6 października 1988,

str. 3, artykuł „Daremne żale”). Do oczyszczania kultury z literatury „nieprawomyślnej”

zaangażowano na pełny etat tysiące tzw. „pracowników oświatowych”.

Dla równowagi trzeba tutaj przypomnieć, że naziści w tych praktykach nie byli gorsi.

Co prawda, po przejęciu władzy robili to samo, ale trochę inaczej. Książki i publikacje

niewygodne dla nazistów masowo palono. Akcję tę rozpoczęto w nocy z 10 na 11 maja 1933 roku od zwiezienia samochodami ciężarowymi 20 tysięcy książek i innych publikacji z

bibliotek i demonstracyjnego spalenia ich w ogromnym ognisku na Operaplatz w Berlinie.

>> Wybitny znawca stosunków w Polsce „ludowej”, George J. Flemming, w książce pt.

„Polska mało znana” pisze: „W okresie stalinowskim na przeszło 100 dzienników, tygodników i miesięczników, wychodzących tylko w samej Warszawie, było tylko dwóch naczelnych nie-Zydów, a w telewizji i radiu kursował dowcip – Co się stało z resztą Zydów

z Getta? – Przeszli kanałami do telewizji. – A na pytanie czym się różni Izrael od radia, odpowiedź brzmiała, że w Izraelu są jeszcze Arabowie…” <> Ktoś jednak zajął miejsce tych ludzi. Tak zwany awans społeczny zapełnił wolne miejsca w administracji państwowej, wojsku, szkolnictwie, nauce. Tak, do dziś można prześledzić ślady niektórych „karier” w naukach społecznych, zresztą trudno to było nazwać nauką. I wytwarzała się zupełnie nowa „tradycja” w Polsce, polegająca na przedstawianiu tych, którym zabrano życie lub zdrowie, domy, miejsca pracy, resztki majątku, jako „faszystów”, „kułaków”, „reakcjonistów”, „wrogów ludu” i „wrogów klasowych”. W ten sposób komuniści usprawiedliwiali swe straszliwe zbrodnie, legitymizowali zagarnięcie i przejęcie cudzych majątków, traktowanie znacznej części Polaków jako obywateli drugiej kategorii.

Ten sposób myślenia utrzymał się także po 1989 roku. To jest zresztą paradoks – ci, którzy powinni na zmianach ustrojowych najwięcej stracić, w sumie najwięcej zyskali. Utrzymali przede wszystkim swe majątki, do których doszli w warunkach rzekomej ”równości” (podkr. moje – W.G.). Dzieci kształcili (zwłaszcza w ostatniej dekadzie PRL) na zagranicznych uczelniach, wysyłali je na elitarne stypedia, a przede wszystkim uzyskali – nie wiadomo, dlaczego – całkowitą ochronę prawną i jakby przedawnienie za to, czego dokonali do 1989 roku. Było to zgodne z filozofią „grubej kreski”. A przecież powinna mieć zastosowanie filozofia sprawiedliwości i zadośćuczynienia. Skoro tak się nie stało, to mamy powielanie elit w tych samych środowiskach, które uprzednio eliminowały (czy wręcz eksterminowały) polskie elity. <> Przegraliśmy i nadal przegrywamy walkę o naszą świadomość historyczną. Nie ma cenzury, ale też nie ma prawdziwych, pełnych badań naszej niedawnej przeszłości. „Ochrona

danych osobowych” jest znakomitym narzędziem, aby de facto uniemożliwić publikowanie prawdziwych życiorysów wielu postaci, albowiem ich dzieci (i już wnuki) nie życzą sobie tego.<> (…). W Lublinie w lipcu 1944 r. tworzą się organa władzy ludowej. Pomyślano tam o własnym biurze matrymonialnym. Małżeńskie mieszane pary kojarzone wszelkimi środkami i dopiero takie układy decydowały o karierach politycznych na wszystkich szczeblach drabiny partyjno-państwowej. Biuro matrymonialne było oczkiem w głowie Bermana – Brystygierowej i spółki. Swietnie prosperował tzw. „związek rodzin” ze sobą spokrewnionych wzorem sycylijskiej mafii, którą prześcignął.<> Rozzuchwalona „bezpieka” dopuszczała się bezkarnie bandyckich „ekspropriacji” i napadów na specjalnie wybrane, zasobne mieszkania, których właścicieli obciążano zmyślonymi donosami (…),<> Na samej górze znaleźli się aparatczycy sowietyzmu. Potocznie utożsamia się ich z funkcjonariuszami partii, chociaż formalnie nie wszyscy są na etatach aparatu PZPR. Istotne

– 39 –

jest to, że sprawują władzę. Obsadzili oni nie tylko aparat partii, ale także organy administracji, wymiar sprawiedliwości, bezpieczeństwo oraz kluczowe stanowiska w gospodarce, uczelniach, związkach twórczych i w prasie. Oni to przeprowadzali sowietyzację

polskich instytucji i oni wywierali naciski na poszczególne środowiska i osoby. Mieli w swym ręku śmierć i życie, więzienie i wolność, awans i degradację, przywileje i szykany wobec zwykłych ludzi. Oni decydowali, kto ma mówić a kto milczeć, a także o tym, co ma się mówić. W każdym środowisku, takim jak literaci, ekonomiści, prawnicy i w każdym zakładzie pracy, uczelni, urzędzie czy fabryce nie było najmniejszych wątpliwości, w czyim ręku naprawdę jest władza, a więc z kim trzeba być ostrożnym. Alienacja „aparatczyków” od społeczeństwa, w którym działali, była całkowita. Alienację tę umacniała świadomie prowadzona polityka. Oni mieli prawo do kupowania w specjalnych, lepiej zaopatrzonych sklepach „za żółtymi firankami”. Oni jeździli na specjalne wczasy, posyłali dzieci do specjalnych elitarnych szkół i korzystali z opieki lekarskiej w specjalnych lecznicach. Niezmiernie rzadko zdarzało się, żeby „aparatczyk” pozbawiony został tych przywilejów. Jeśli nawet źle spełniał swoje obowiązki to po „zdjęciu” z jednego stanowiska, przenoszono go na inne na tym samym szczeblu. Nawet, jeśli odchylił się od linii partyjnej, tzn. zajął wewnątrz partii opozycyjne stanowisko, mógł zostać pozbawiony swojej funkcji, ale zachowywał przywileje, które mu przysługiwały jak gdyby dożywotnio, jeśli nie dziedzicznie. Oczywiście przysługiwała mu emerytura o wiele wyższa niż zwykłym ludziom.<> Gdy zdawali maturę, znali więc lepiej życiorysy Róży Luksemburg, niż historię Sejmu Wielkiego; pewien czołowy „komandos” a student historii, zaindagowany przypadkiem miał duże trudności z ulokowaniem w historii Polski traktatu Grzymułtowskiego. Ale nie tylko polityka – działo się to przecież w owej szczególnej otoczce topograficzno-polityczno-społecznej: pod szkołę zajeżdżały rządowe limuzyny, w znaczniejszych kłopotach pomagały

kolegom wysokie interwencje, nim jeszcze dorośli do tych spraw obywatelskich, które wiążą się z otrzymaniem dowodu osobistego, już otrzymywali w drodze najwyższych ułatwień paszporty zagraniczne.

(…). „Klub Poszukiwaczy Sprzeczności” i ich koledzy ze specjalnych szkół wyjeżdżali właśnie na specjalne wakacje. Nie byłoby to specjalnie godne wspomnienia, gdyby nie fakt,

że system wakacji zorganizowano im również w specjalny sposób: Czy to w kraju czy za granicą spędzali je w specjalnych enklawach powstających w gestii dzielnicowego urzędu,

enklawy zaś były na tyle zorganizowane, aby nikomu nie stwarzać żadnych problemów życiowych, były też na tyle ekskluzywne, żeby nikt nie wszedł w nich przypadkiem w jakiś kontakt z jakimkolwiek normalnym człowiekiem.

(…). Sytuacja, w jakiej się ta młodzież znalazła wyprodukowała tylko dwie postawy: „bananowców” i „komandosów”, wzajemnie się określających. Z tego punktu widzenia niektórym z „komandosów” należy na dobro zapisać to, że ich pasją były jakoweś poglądy, a

– 40 –

nie rozbijanie tatusiowych wózków, (…), po trzecie sytuacja społeczna i system edukacyjny były wszechstronnie demoralizujące.

(…). Każdy odcień związków z tym co było najgłębszą rzeczywistością tego społeczeństwa,

a więc z jego poczuciem narodowym, z jego tradycją religijną, z jego ruchami radykanymi wreszcie, był tropiony ze szczególną zaciekłością przez urzędowych ideologów (wielu z nich odnajdziemy dzisiaj wśród najbardziej hałaśliwych „liberałów”) lub przez mocodawców osławionego departamentu (ręce wielu z nich odnaleźlibyśmy zapewne pośród rzeczywistych

sprawców wydarzeń marcowych). W tej właśnie społecznej i ideologicznej pustce zrodziła się

dzielnica, razem ze swoją mitologią i swoją polityką, swoimi domami specjalnymi i swoimi szkołami specjalnymi czyli systemem życia tak zorganizowanym, aby doskonałość ideologiczną i polityczną dopełnić doskonałą izolacją w życiu codziennym. Wszystkie okna na świat zostały zatrzaśnięte. Zyjący w tej ślepej komórce „komandosi” naturalną koleją rzeczy otaczającą ich rzeczywistość musieli uznać za jasność najjaśniejszą.

I tu wkraczamy w następny zespół uwarunkowań. Dzielnica była w przeważającej większości pochodzenia żydowskiego. Wywodząc się na ogół ze środowiska żydowskiego proletariatu i drobnomieszczaństwa, które jedyną szansę w swej emancypacji widziało w akcesie do ruchu komunistycznego, wychowany ponadto w szkole stalinowskiego kominternu, (…).

(…). Ponieważ Polska nie była bynajmniej anonimową ojczyzną światowego proletariatu, a krajem o konkretnym kształcie narodowym, wyjściowe zmistyfikowanie sytuacji jego żydowskich obywateli, musiało w konsekwencji pociągnąć ich pogłębiające się złe samopoczucie. W rezultacie tego pseudo-rozwiązania problemu współżycia narodowego, wyrosło pokolenie kalekich dzieci, które samo słowo „Zyd” brały za objaw antysemityzmu i dla których słowo „naród” budziło podejrzenie o nacjonalizm. (…) resztki politycznych matadorów dzielnicy, tracąc resztki swych politycznych wpływów, zaczęły posługiwać się

moralnym widmem antysemityzmu dla obrony własnych egoistycznych interesów politycznych, (…). <>W najlepsze ocalałe warszawskie kamiennice wprowadziła się hurmem szemrana „elita” nowej Polski, przywiezieni na czołgach sprzedawczycy i różnego autoramentu szuje, którym

Stalin dał rozkaz organizacji polskiego „państwa”; odnalezione w Rosji niedobitki ideowych

komunistów w przeważającej części narodowości żydowskiej, konformistów i oportunistów

gotowych służyć każdemu, kto zapłaci, często o niezbyt chlubnych kartach okupacyjnego życiorysu.

Natychmiast też przystąpiono do kulturowego i społecznego podbijania kraju, likwidując ziemiaństwo, stopniowo wymieniając kadry nauczycielskie i otwierając państwowe stanowiska dla niewykształconej biedoty wiejskiej w myśl hasła „nie matura, lecz chęć szczera…”.

To wszystko miało za zadanie zbudować społeczeństwo nowego typu.

I zbudowało! Dokonała się wymiana elity. Tych, których nie wymordowano, nie wypędzono i

nie spauperyzowano, kupiono miską soczewicy.

Co prawda pozostał jeszcze naród w swej masie – niepoddające się kolektywizacji rzesze

tradycyjnie zachowawczego chłopstwa, małe miasteczka, rzemieślnicy, ostoja polskiego

Kościoła katolickiego.

Ponieważ nowa elita nie wyrastała z tej większości, nie była jej przedstawicielem, w naturalny sposób czuła przed tymi ludźmi strach wymieszany z pogardą. „Kierownicy”

zawiadujący w imieniu Sowietów PRL-em wiedzieli, że owo „społeczeństwo”, gdyby tylko była okazja, wywiesiłoby ich na latarniach. (…). <>(…). Subtelność rozumowania znamionowała wystąpienie prof. Adama Schaffa , filozofa i nauczyciela nowych pokoleń marksistowskich kaznodziejów i apostołów, który wyrzucanie opornych profesorów z wyższych uczelni, skazywanie niemarksistowskich naukowców na nędzę, terror wobec ludzi starych i schorowanych, drżących o swe życie i rodziny, totalne zglajchszaltowanie wydawnictw naukowych i kompletną eliminację otwartej dyskusji światopoglądowej z uniwersytetów nazwał ze scjentystyczną ścisłością „ofensywą nauki marksistowskiej”. I zapewnił swych mocodawców, że acz do roku 1948 „na uczelniach dominowała w naukach społecznych ideologia burżuazyjna”, to teraz „w wyniku usilnej pracy sytuacja zmieniła się radykalnie”. Nie wyjaśnił co miał na myśli jako pracę i jakie są jej faktyczne rezultaty. Czy to, że UB wyczyściło stan personalny, czy że stary profesor, w obawie o rudymenty utrzymania, przystał na Lenina i Łysenkę? Sam Schaff, jak mówią,

pochodzi z rodziny żydowskich dorobkiewiczów-milionerów, więc chyba zna najgłębszy

sens słowa „praca”. <> (…) solidne, wszechstronne i ugruntowane w uczelniach zagranicznych wykształcenie ogólne.

Zyskali też specjalistyczne kompetencje w różnych dziedzinach, a także poziom

intelektualny i obyczajowy, ułatwiający skuteczne kontakty zagraniczne. Obecnie wielu

potomków „dynastii” kapepowskiej umocniło się na wyższych szczeblach władzy państwowej oraz weszło w skład górnej warstwy kapitalistów, zawłaszczając szczególnie

sektor bankowy a także środki masowego przekazu. Przedstawiciele z tej grupy włączyli się

do elity finansowej i elity władzy bezpośrednio z PZPR, dzięki „grubej kresce” bądź też pośrednio, poprzez udział w opozycji rewizjonistycznej, której większość działała również

w „Solidarności”. Formacja ta nie przejęła po swoich komunistycznych przodkach ideologii

równościowej, kontynuuje natomiast takie ich działania, które rozbijają podstawy więzi

społecznych.

Dodać jeszcze warto, iż dzięki znacznie wyższym kwalifikacjom, niż mieli ich ojcowie i dziadkowie, prowadzona przez nich dezorganizacja jest znacznie bardziej skuteczna, gdyż wykorzystuje środki psycho- i socjotechniczne. Srodowisko to umie stosować dla swych celów

systematycznie, konsekwentnie i fachowo skuteczne metody. W wyniku tego kształtują się różne formy przemocy mentalnej, która w znacznej części zwalnia od konieczności stosowania

przemocy fizycznej. Dawniej, aby podporządkować opornych, niezbędny bywał terror. Obecnie w liberalnej demokracji można działać przy pomocy indoktrynacji i manipulacji.

Jakkolwiek propaganda komunistyczna posługiwała się również tymi środkami, dopiero teraz kontynuatorzy podobnej w treściach propagandy – wyposażeni nie tylko w możliwości socjotechniczne, ale również dzięki nowoczesnej technice przekazu – mogą ubezwłasnowolnić

społeczeństwo. Zniewolenie umysłu dokonuje się w taki subtelny sposób, że ludzie sterowani przez propagandę, pozbawieni zdolności samostanowienia, nie zdają sobie sprawy

z niewoli, w jakiej się znaleźli.

– 46 –

Z panującą wartstwą rządzącą współdziałają również – lub rywalizują z nią o miejsce w społecznej hierarchii – ludzie wywodzący się z przyśpieszonego awansu społecznego, głównie

potomkowie robotników rolnych. Są to przeważnie wnukowie bezrolnych mieszkańców wsi,

zatrudnianych dawniej w folwarkach i w zamożnych gospodarstwach chłopskich, później w PGR-rach. Ich rodziny należały przeważnie do zbiorowości nie posiadających ziemi mieszkańców wsi, bardzo słabo związanych z tradycyjną kulturą chłopską. Warstwa ta w

społecznej strukturze kraju lokowała się nisko ze względu na dziedzicznie utrwaloną biedę,

a także ze względu na bardzo niski poziom oświaty i kultury, którego wskaźnikiem była między innymi liczba analfabetów i wtórnych analfabetów. Warstwa ta, jakkolwiek utrzymywała się

z pracy własnych rąk, ze względu na swe duże rozproszenie raczej nie wytworzyła własnej

kultury ani nie aspirowała do kręgu miejskiej kultury robotniczej. Niektórym jej przedstawicielom – pod względem stylu życia i braku konsolidujących grupę wartości – bliżej

było do miejskiego lumpenproletariatu.

Część potomków tych rodzin zdobyła nieco wyższe wykształcenie lub specjalistyczne kwalifikacje i włączyła się do „dynastii” współcześnie panującej. Formacja ta jednak w porównaniu ze ” wschodnią” ma słabsze szlify towarzysko-obyczajowe i znacznie mniejsze

możliwości włączania się w obieg interesów i przywilejów międzynarodowych. Tym samym

szanse potomków ludzi z przyśpieszonego awansu społecznego są mniejsze niż tamtych.

Zwłaszcza w dziedzinie bankowości, przedsiębiorczości i środków masowego przekazu.

W mass-mediach liczą się bowiem nie tylko pieniądze, ale również kompetentny udział w

działaniach długofalowych i umiejętność kształtowania korzystnych dla rządzących treści,

stanowiących przedmiot indoktrynacji.

Obie formacje łączy dążenie do władzy i pieniędzy oraz lekceważenie potrzeb społeczeństwa,

przy całkowitym lekceważeniu potrzeb dobra wspólnego, wartości prawdy i zasad etycznych

oraz dalekosiężnych celów rozwoju społeczeństwa. (Podkr. moje – W.G.). (Zródło informacji: Anna Pawełczyńska, praca pt. „Głowy hydry”, str. 149-156, Wyd. „Test”, Warszawa 2004).

Wędrując po internecie, po gazetach papierowych, wydawnictwach książkowych i broszurowych, rozmaitych środowisk (etnicznie) polskich, daje się zauważyć, że coraz więcej ludzi, Polaków (rdzennych), dostrzega problem „III RP”. Otwierają im się oczy. To buduje.

I rodzi nadzieję. Ostatnio problem ten zasygnalizował publicysta, Tomasz Sakiewicz, w tekście pt. „Czy tu mieszka drugi naród”. Uczynił to w sposób dosyć wyspekulowany, ale

przejrzysty i zrozumiały. Nie wymieniając narodu (KPPowskiego i ichnich polskich szabesgojów), zwraca się do etnicznych Polaków z pytaniem:

„Czy nie mają Państwo czasem wrażenia, że wśród Polaków zamieszkał zupełnie inny naród,

trochę do nas podobny, a tak naprawdę kompletnie inny? Nie chodzi mi ani o małoliczebne u

nas mniejszości, ani też o jakieś środowiskowe czy regionalne odrębności. Chodzi o to, że w tych samych miejscach żyją ludzie, którzy duchowo i mentalnie są zupełnie różni. Te różnice mają tę wspólną cechę, że wszystkich obywateli naszego kraju można podzielić na dwie odrębne nacje. Jednych scharakteryzuję jako Polaków tradycyjnych, drugich jako Polaków nowych. To że nowi Polacy i Polacy tradycyjni głosują nieco inaczej, jest oczywiste. Jednak

wybór polityczny nie może być najważniejszym kryterium oceny różnic. Głosowanie jest tu

jedynie skutkiem, widocznym efektem głębokich podziałów.

(…)

Nowy Polak poczucia winy nie ma. Obowiązki wyznacza mu interes. Nie widzi niczego zdrożnego w drwieniu z uczuć ludzi wierzących, chyba że za owe drwiny spotka go solidna kara. Nowy Polak w zasadzie zalet narodu swojego nie dostrzega, a wady naszej społeczności

– 47 –

zachęcają go, by o polskości mówić wyłącznie z niechęcią. Nowy Polak nie chce być Polakiem w ogóle. Polska jest dla niego dobra tylko wtedy, gdy staje się trampoliną do osiągania celów. Postrzega on naród, zarówno ten tradycyjny, jak i nowy, jakby był spoza tej

przestrzeni, a sobie podobnych szuka jedynie dla usprawiedliwienia tej postawy. Kiedy widzi upokarzanie swojego kraju, upewnia się, że od upokarzanych trzeba trzymać się jak najdalej. W tym wypadku nawet dalekosiężnie pojmowany interes nie zmusi go do współpracy.

Obydwa narody wytworzyły już własny system norm. Szkoda czasu na pretensje do kogoś, kto gardzi patriotyzmem i zżyma się na wierzących. Można mu jedynie zabronić prezentowania takiej postawy, przynajmniej wtedy, gdy swoim zachowaniem robi przykrość innym ludziom. By jednak czegoś zabronić, trzeba mieć aparat państwa. Mam wrażenie, że ten aparat opanowali Polacy nowi.” (Podkr. moje – W.G.) (Zródło: http://tomaszsakiewicz.salon24.pl/323504,czy-tu-mieszka-drugi-naród , 27.07.2011).

Kto to są ci „nowi Polacy”? Skąd się wzięli? Może zostali przywleczeni do Polski z południa

poprzez wędrówkę bocianów? W każdym bądź razie pytanie jest ważne: Skąd zjawili się i kiedy, w Polsce? I tu jesteśmy na początku tej rozprawki, gdzie po kolei, na podstawie rozmaitych dokumentów, relacji członków bandy żydowsko-kominternowskiej, ich polskich

pachołków-analfabetów, a także innych świadków i obserwatorów ówczesnych wydarzeń

wykazałem, kim są ci „nowi Polacy”.

Dalej T.Sakiewicz ładuje polskiej ciemnocie politycznej (tworzonej metodycznie przez ostatnie 60 lat przez gang KPPowsko-PZPRowski) łopatą do głowy, prostą rzecz, że do tego, żeby Polacy mogli coś zrobić u siebie w domu z korzyścią dla siebie i swoich współbratymców (np. pozwolić na coś, albo czegoś zabronić), trzeba mieć aparat państwa.

Jak Polacy mogą coś zrobić pozytywnego dla siebie; coś w swoim żywotnym interesie narodowym i państwowym, w sytuacji kiedy aparat państwa (władza wykonawcza, ustawodawcza-sejm i senat, władza sądownicza-prokuratura i sądy, władza medialna tj. prasa,

telewizja, radio i w dużej mierze internet) opanowany i kontrolowany jest przez t.zw. „nowych Polaków”? A spróbujmy pójść jeszcze trochę głębiej w społeczeństwo i zadać sobie

pytanie: Kto kieruje oświatą – czyli kto preparuje mózgi dzieciom polskim? Kto kształtuje

politykę historyczną Polaków? Kto tworzy paragrafy prawne i na czyją korzyść? Kto tworzy coraz nowsze normy moralne i narzuca je „starym Polakom”? Oczywiście ci, którzy opanowali aparat państwa polskiego. A opanowali go po 1944 roku ludzie, których Sakiewicz

zdefiniował jako „nowi Polacy”. Rzecz jasna, że ci „nowi Polacy”, to dzisiaj potomkowie bandy żydowsko-kominternowskiej i ich szabesgojów z polskiego marginesu społecznego,

którzy wyrośli, wykształcili się i uzyskali możliwości polityczne (władza), kulturalne (media,

oświata etc.), ekonomiczne (banki, przedsiębiorstwa, firmy inwestycyjne), czyli dostali w spadku wartości, uzyskane drogą zbrodni i rabunku dokonanych na Polakach i wyprodukowanych na ich krwi i cierpieniach. Te wartości i dobra materialne pochodzą z

przestępstwa. I to przestępstwa o wiele większego, niż te, za które Milosewicz i gen. Radko Mladic zostali wysłani przed oblicze sądu. W normalnym państwie demokratycznym przestępstwa tego rodzaju stałyby się natychmiast przedmiotem zainteresowania wymiaru sprawiedliwości, ale nie w Polsce. Dlaczego? Wytłumaczyć się daje to tylko w jeden sposób:

Wymiar sprawiedliwości w Polsce pookrągłostołowej znajduje się w rękach tej samej stadniny KPPowsko-PZPRowskiej, t.zn. w rękach „nowych Polaków”, którzy są gwarantem

bezkarności zbrodniarzy i rabusiów.

Propaganda pookrągłostołowa tzw. „III RP” głosi uporczywie, że mamy już w Polsce

– 48 –

demokrację. Demokracja oznacza, że władza znajduje się w rękach ludu; że jest to

ludowładztwo. Jak zatem nazwać system polityczny, który został wykreowany (uformowany) przez bandę żydowsko-kominternowską przy pomocy ich polskich pachołków i kontynuowany do dzisiaj? Zydokracja – pasuje chyba nalepiej. Można też zdefiniować władzę „III RP” i jej system polityczny, jako bandokrację, jako że jest odziedziczona i sprawowana przez potomków bandy żydowsko-kominternowskiej i polskich szumowin społecznych.

Zydzi w t.zw. „III RP”

Według wrzaskliwej propagandy pomarcowych środowisk żydowskich, m.in. wspomnianego wcześniej A.Smolara, redaktora „Aneksu”, po II-wyjściu Zydów z „domu niewoli”, czyli z Polski po marcu 1968 roku, synów Mojżesza już w Polsce rzekomo nie było. Został tylko „problem żydowski bez Zydów”. Jeżeli Zydów już w Polsce nie było, to skąd nagle ich tylu po 1989 roku przybyło? I jak to się stało, że uzyskali tak szybko dominującą rolę w życiu politycznym, w gospodarce, w ekonomii, w kulturze, w propagandzie, w bankowości, w oświacie i w wymiarze sprawiedliwości skutkiem czego nie można ruszyć żadnego zbrodniarza bandy żydowsko-kominternowskiej i polskich szumowin? Jakie przemożne siły za tym stały?

„O tych, którzy wyjeżdżali z Polski w ramach marcowej emigracji pisze się wiele. Więc może powiedzmy trochę o tych, którzy pozostali. Z moich dociekań wynika, że żadna instytucja czy

organizacja polska lub żydowska na terenie Polski nie dysponuje dokładnymi danymi na temat żydowskiej mniejszości narodowej w Polsce. W rozmowach z ludźmi, którzy dysponują

jakąś – na ogół szczątkową – wiedzą na ten temat podają liczby bardzo się od siebie różniące, od kilkunastu do kilkuset tysięcy. Te pierwsze wydaje się być bardzo zaniżone, te drugie

zdecydowanie zawyżone. – Postawmy w tej kwestii znak zapytania. Spróbujmy odpowiedzieć na pytanie – kim są Zydzi, którzy zostali? Znaczną część tych, którzy zostali stanowią Zydzi

należący do komunistycznej, a ściślej stalinowskiej elity władzy. Pozostała więc większość Zydów, którzy zajmowali wysokie i najwyższe stanowiska w aparacie terroru:

Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, Informacji Wojskowej, Wojskowej Prokuratury

i Sądownictwa Wojskowego.

Nie wyjechali członkowie najwyższych władz PPR i PZPR. Nie wyjechała zdecydowana większość generałów i wyższych oficerów. Nie wyjechało wielu czołowych dziennikarzy okresu stalinowskiego. Nie wyjechała większość wysokich dygnitarzy administracji państwowej. Krótko mówiąc, nie wyjechała większość partyjno-ubowsko-rządowej elity.

Ludzi o wysokim statusie materialnym, posiadających luksusowe mieszkania równie luksusowo urządzone, pobierających wysokie emerytury w wielu wypadkach zajmujących ciągle lukratywne posady, liczących na powrót ‘dobrych czasów’. Znamienne że pozostali

prawie wszyscy ludzie kierujący aparatem terroru. Pozostał i spokojnie dożył swych dni przez nikogo nie niepokojony obernadzorca MPB Jakub Berman, którego zdążył jeszcze nagrodzić

w 1983 roku medalem Krajowej Rady Narodowej sam Wojciech Jaruzelski. Nie wyjechał,

chociaż mógł to uczynić ze względu na żydowskie pochodzenie żony, minister Stanisław Radkiewicz, którego nikt nie niepokoił, a gdy umarł ‘Trybuna Ludu’ opublikowała nekrolog

sławiący jego przymioty. Poza Romanem Romkowskim, któremu skrócono znacznie pobyt w więzieniu, pozostali w kraju wiceministrowie MBP/MSW: Mieczysław Mietkowski, Konrad

Swietlik, Juliusz Hibner, Antoni Alster. Pozostali dyrektorzy departamentów w tym ci wszyscy, którzy kierowali departamentami śledczymi i operacyjnymi: Józef Różański, Józef

– 49 –

Czaplicki, Julia Brystygierowa, Anatol Fejgin, Jerzy Andrzejewski. Pozostali prawie wszyscy którzy pełnili funkcję Szefów Wojewódzkich Urzędów Bezpieczeństwa i zastępców dyrektorów departamentów. Ci ludzie nie wyjeżdżali nie tylko dlatego, że tutaj mieli zabezpieczony wysoki standart życia, ale również dlatego, że na Zachodzie czy w Izraelu nie mogli liczyć na względy. Byliby na pewno gośćmi raczej kłopotliwymi, czy wręcz niepożądanymi. Tutaj mieli pewność spokojnego, dostatniego bytowania, tak długo, jak długo PZPR niepodzielnie rządziła. PZPR przestała rządzić, a oni dalej żyli spokojnie, dostatnio i wygodnie przez nikogo nie niepokojeni.

Pozostała w Polsce część Komandosów, większość pisarzy, dziennikarzy, filmowców. Interesujące, że wyjechała spora grupa synów i córek komunistycznych dygnitarzy. Wyjechał np. do Izraela syn Romana Zambrowskiego Stefan, podczas gdy jego brat Antoni przeszedł na katolicyzm i pozostał w Polsce. Wyjechała córka byłego dyrektora III Departamentu MBP Józefa Czaplickiego. Ogólnie mówiąc wyjechało wielu ludzi z środowisk naukowych, dziennikarskich, wielu lekarzy, prawników lub nie mających żadnego zawodu. Pozostała elita

komunistyczna.” – pisze w swym znakomitym opracowaniu Jerzy Brochocki. (Zobacz: Jerzy Brochocki, „Rewolta Marcowa – Narodziny, życie i śmierć PRL”, Wydawnictwo ROTA,

Warszawa 2001, str. 224 – 225. Książkę tą gorąco polecam kandydatom na działaczy politycznych).

W obliczu tych faktów ciśnie się na usta pytanie: Kto odziedziczył po tych bandziorach luksusowe mieszkania, luksusowe ich wyposażenie, oszczędności nagromadzone z wysokiej pensji i emerytury oraz inne dobra materialne, zdobyte drogą zbrodni dokonanych na Polakach i krwawego bandyckiego rabunku ich dóbr materialnych?!

A może tutaj właśnie znajdują się źródła ich dzisiejszych możliwości finansowych, a co za tym automatycznie idzie; ekonomicznych, kulturalnych, propagandowych i politycznych?

No i z tego wynikająca ich pewność siebie, zadufanie, arogancja, obłuda, bezczelność, krętactwo a przede wszystkim prowokacyjne wyskoki, dzikie zagrania socjotechniczne i polityczne, i demonstrowanie braku empatii wobec etnicznych Polaków?!

Do niebywałych rozmiarów rozdmuchano incydent w miejscowości Jedwabne i w Kielcach

zaraz po II wojnie św. W Jedwabnem zamordowano, w pierwszej wersji około 1600 Zydów,

do których uśmiercenia jakoby przyczynili się etniczni Polacy. Potem propagandziści żydowscy i ich szabesgoje, pod groźbą ekshumacji i policzenia czaszek, zmodyfikowali swoje

twierdzenia i zeszli na liczbę trzystu paru osób, żeby nie zostać ośmieszonymi. W Kielcach

zostało ponoć zabitych około 40 Zydów.

Te dwa balony nadmuchano w ciągu ostatnich 20 latach do tak wielkich rozmiarów, żeby

zasłonić Polakom rzeczywistość historyczną PRL-u i pookrągłostołową, a przede wszystkim

ogrom zbrodni dokonanych na Polakach przez bandę żydowsko-kominternowską i ich pachołków-opryszków polskich z t.zw. „awansu społecznego”. Polacy mają nie wiedzieć i nie

posiadać świadomości o okrucieństwach i bestialstwie Zydów wobec Polaków w latach

1944 – 1956. Te zbrodnie i rabunek, dokonane na osłabionym wojną narodzie polskim, mają zostać wymazane z pamięci narodu polskiego.

Niemieccy naziści wymordowali tysiące Polaków w czasie pięcioletniej okupacji. Ile mogli

wymordować komuniści w przeciągu 12 lat terroru? Jak się ma stosunek ilościowy Zydów

– 50 –

zamordowanych w Jedwabnem i w Kielcach do hekatomby i gehenny Polaków, zaplanowanej i sprawionej im przez Zydów w latach 1944 – 1956, co wyciągnąłem powyżej na światło dzienne? Gdzie są tutaj proporcje??!!

Zydzi urządzili Polakom po II wojnie św. dziesięć Katyniów. A potem usiłowali zamordować

im świadomość, że coś takiego zrobili. Straszne i przerażające jest to, że w mordowaniu tej

świadomości biorą udział dzisiejsze elity i władze pragnące uchodzić za rządy polskie. Każdego roku zakładają mycki żydowskie i wygłaszają nadęte, oskarżające Polaków i przepraszające Zydów mowy, milcząc przy tym uparcie o zbrodniach Zydów, dokonanych na

Polakach i o zbrodniach Ukraińców na Wołyniu. W obu przypadkach wymordowano po

tysiąckroć więcej Polaków. Ale według dzisiejszych t.zw. rządów i elit polskich ofiary tych

zbrodni nie zasługują na pomniki i pamięć. O zbrodniach dokonanych na Zydach należy pamiętać po wszech czasy. Zbrodnie dokonane na Polakach należy wymazać z pamięci.

Hańba tym, którzy podpisali petycję do Rady Miasta Stołecznego Warszawy 6 marca 2007 r.

protestującą przeciwko budowie pomnika pamięci zbrodni ukraińskiej na Wołyniu. (Zobacz:

http://blogmedia24.pl/node/17100 ).

Hańba tym wszystkim, którzy natarczywie narzucają Polakom pamięć o paruset zamordowanych Zydach przy udziale Polaków a jednocześnie śmiertelnie milczą o dziesiątkach tysięcy Polaków zamordowanych przez Zydów!

Hańba prezydentowi B.Komorowskiemu za to, że winą za mord w Jedwabnem obarcza

(11 lipca 2011 r.) cały naród polski (Naród musi zrozumieć, że był także sprawcą. (…).

– Dziś Rzeczpospolita słyszy niesłabnący krzyk swoich obywateli (…). Jeszcze raz proszę o przebaczenie – podkreślił.”)!

Hańba dla Rzeczypospolitej Komorowskiego za to, że „słyszy niesłabnący krzyk” obywateli

żydowskiego pochodzenia a jednocześnie głucha jest na krzyk Polaków okrutnie

maltretowanych i mordowanych w bestialski sposób w katowniach UBeckich w latach

1944 – 1956 przez naród żydowski!

Odnotować tutaj należy fakt, że te kilkaset żydowskich ofiar „narodu polskiego” w Jedwabnem ma swoje ustalone miejsce spoczynku i pamięć w postaci pomnika, żeby Zydzi

mieli gdzie przyjść, złożyć kwiaty i wyrazy pamięci. I naród polski to toleruje, nie próbując

schować tych ofiar przed innymi.

Okrucieństwo i zbrodnia dokonana na Polakach, których naród żydowski był sprawcą, jest wielokrotnie większa: Zydzi mordując Polaków chowali ich pokryjomu tak, żeby naród polski nie znał ich miejsca pochówku; żeby Polacy – w przeciwieństwie do Zydów – nie mieli

gdzie budować pomników; żeby nie mieli gdzie pójść by złożyć kwiaty i wyrazy pamięci.

I wreszcie, żeby nie mieli skąd czerpać wzorów obywatelskich i patriotycznych.

Dzisiejsze elity i rządy t.zw. „III RP”, bardzo pragnące uchodzić za polskie, demonstrują społeczeństwu polskiemu codziennie swym zachowaniem, świadomie czy nieświadomie, że

są mu obce. A kiedy Polacy w oparciu o te fakty traktują ich jako obce, to mają do nich o to
wielkie pretensje i zaraz uruchamiają aparat państwa, żeby ich ukarać za tak okazywaną postawę. Przykładem tutaj jest właśnie ks. Tadeusz Rydzyk, dyrektor Radia Maryja, czy

prezes USOPAŁ, Jan Kobylański.

– 51 –

Dyrektor Radia Maryja powiedział w Parlamencie Europejskim to, co widzi i odczuwa,

i co zresztą jest ogólnie widoczne dla innych. A może widzieć jest zezwolone, ale nie wolno

o tym mówić głośno? To w takim razie, gdzie jest ta demokracja w Polsce, wolność słowa i

wolność wyrażania myśli?! Jan Kobylański wyciągnął właściwy wniosek z sytuacji politycznej „III RP” i nawołuje Polaków – zgodnie z praktyką polityczną w krajach demokratycznych – żeby zaczęli wreszcie rządzić się sami; żeby głosowali w wyborach na

etnicznych Polaków a nie na ludzi obcych, przywleczonych ze Wschodu.

Inną sprawą jest to, że prezes USOPAŁ nie zauważa przy tym ogromnego problemu, z jakim

borykają się Polacy. Zydzi masowo pozmieniali sobie w różnych okresach PRL-u nazwiska

na polsko-brzmiące, zachowali dobra materialne, z których obrabowali wcześniej Polaków,

zachowali swe więzi plemienne i właściwą im mentalność, ale nauczyli się dobrze mówić po

polsku i odgrywają „arystokrację polską” i „elity” państwowe. Otrzymaliśmy niepowtarzalny teatr. W tak wytworzonej sytuacji Polakom bardzo trudno jest dzisiaj rozróżnić, kto jest etnicznym Polakiem a kto tylko ubrany na Polaka. Jest jednak możliwość ich rozpoznania:

Po mentalności, zachowaniu i określonych poglądach politycznych i moralnych.

Poza tym dzisiejszy przeciętny Polak jest strasznie naiwny politycznie, ogłupiały i pusty historycznie. 67-letni okres żydowsko-kominternowskiej indoktrynacji zrobił ogromne spustoszenia w ich głowach. Mają mózgi wyprane ze zmysłu krytycznego i zdolności pojmowania oraz rozumienia, co leży w ich żywotnym interesie, a co nie. Ci Polacy, którzy posiadali jednocześnie takie przymioty jak zmysł krytyczny, dociekliwość, nieograniczoną wyobraźnię polityczną, zdolności rozróżniania, co leży w interesie państwa polskiego, a co nie, zdolności organizacyjne i odwagę cywilną – ci Polacy zostali wymordowani i wyniszczeni w okresie genetycznego przerabiania narodu polskiego w stado głupich jednostek ludzkich, najpierw przez bolszewików i nazistów a po zakończeniu II w.św. przez bandę żydowsko-kominterowską.

Jest jeszcze inna przeszkoda, trudna do pokonania, na drodze do rozwiązania problemu niepolskich rządów. Tą przeszkodą jest istniejąca ordynacja wyborcza, która tak została wykreowana po „okrągłym stole” przez bandę żydowsko-kominternowską i ich polskich „inteligentów” z „awansu społecznego”, żeby etniczni Polacy zostali w praktyce pozbawieni czynnego i biernego prawa wyborczego. Konsekwencją tego jest to, że o tym, kto ma być

posłem-reprezentantem ziemi szczecińskiej, dolnośląskiej czy rzeszowskiej w sejmie, decydują kliki, klany, koterie i sitwy żydowskie oraz polskie podejrzanego gatunku w stolicy

kraju, czyli w Warszawie rodem z Alei Róż, Parkowej i Alei Przyjaciół. To prawo wyborcze

ustanowili w swoim interesie wszyscy uczestnicy Magdalenki i okrągłego stołu. I nie tylko

Jaruzelski, Kiszczak Urban i spółka, ale równie Michnik, Geremek, Kuroń i ich korporacja,

w której siedzieli bracia Kaczyńscy, Macierewicz, Mazowiecki i inni o tej samej prowieniencji. Nie mniej odpowiedzialny za ten stan rzeczy jest Episkopat polski, który w

imieniu Kościoła, za pośrednictwem wydzielonych biskupów, Orszulika, Dąbrowskiego, Gocławskiego i innych brał udział w tworzeniu obecnej sytuacji politycznej. Jeżeli ktoś tutaj nie lubi tego, że przypomniałem rolę Kościoła katolickiego w tworzeniu obcych rządów w

Polsce po 1989 roku, to przypominam, że kto bierze udział w akcie politycznym, to za ten

akt odpowiada. A Kościół był obecny w Magdalence i przy okrągłym stole.

Nie wspomniałem tu pewnego elektryka ze Stoczni Gdańskiej, który afiszował całą grandę polityczną w Magdalence i przy okrągłym stole. Zrobiłem to z rozmysłem i z litości, bo

– 52 –

człowieczek ten, mały i głupi do bólu, był tylko pajacem w rękach wytrawnych graczy, wiedzących czego chcą i do czego zmierzają. Piszę, że jest to człowieczek głupi dlatego,

że jest rzeczywiście tak głupi, że nie jest w stanie pojąć, jak jest głupi, bo jest do tego za głupi. Za jeden z przykładów jego głupoty można przytoczyć fakt, że na swojego doradcę do spraw ekonomicznych w NSZZ Solidarność zaangażował zięcia członka bandy żydowsko-kominternowskiej, Waldemara Kuczyńskiego, z Warszawy. Czyich interesów będzie w takiej sytuacji bronił ów zięć? Przykładów takich sytuacji można przytoczyć cały szereg.

Obowiązująca w t.zw. „III RP” ordynacja wyborcza została skonstruowana tak, żeby zabezpieczała utrzymanie władzy przez potomków bandy żydowsko-kominternowskiej i

ich polskich szabesgojów z „awansu społecznego”. Tę ordynację trzeba zdecydowanie odrzucić, zmieniając na inną, najlepiej na jednomandatowe okręgi wyborcze. Wtedy tylko

Polacy będą mieli szansę przejąć władzę i kształtować politykę zgodnie z interesem państwa polskiego, a nie jak dotychczas uprawiać politykę obrony interesów warszawskich klanów,

klik i koterii żydowsko-folwarcznych.

Członkowie rządzących Polską od 1989 roku klanów i sitw stali się gorącymi orędownikami

szeroko pojętej tolerancji, liberalizmu i polityki liberalnej. Myślałby kto, że są oni potomkami

naturalnych liberałów. Czyimi są potomkami, każdy widzi. Liberałami stali się z przebiegłości. Głoszona przez nich liberalna polityka jest im konieczna do utrzymania zdobyczy pochodzących ze zbrodni i bandyckiego rabunku. Ale nie tylko dla utrzymania. Równie dla pomnażania, dokonywanego kosztem podporządkowanego sobie narodu

polskiego. Niewolnicy mają pracować, a nie kwestionować rząd i protestować.

We wszystkich krajach dyktatur totalitarnych władza sądownicza (prokuratury, sędziowie i

adwokatury) została przekształcona w narzędzie bandy rządzącej do strzeżenia jej partykularnych interesów. Prawo ustanawiano pod kątem obrony interesów członków bandy.

Sądy kreowano jako organy do obrony ich wszechwładzy. W PRL-u, po zdobyciu władzy

przez sprzysiężenie żydowsko-kominternowskie, nie było inaczej. Kluczowe i kierownicze

stanowiska prokuratorskie i sędziów obsadzane były ludźmi zaufanymi, którzy wiedzieli jakie

mają zadania wobec tych, którzy ich mianowali na te posady. Na tym odcinku życia państwowego w Polsce nic się nie zmieniło od 1950 roku. Były co prawda pewne kosmetyczne zabiegi, ale tego rodzaju, żeby służyły zabezpieczeniu interesów członków

stadniny rządzącej. Po 1989 roku nie było żadnych zmian. Nie było lustracji w organach

władzy sądowniczej. Zostali ci sami sędziowie z tymi samymi zadaniami, tj. służenie tym aktualnie u władzy. Zostało wszystko po staremu. Widać to zresztą wyraźnie na przykładzie rozpraw sądowych o t.zw. zniesławienie: Kiedy Michnik, lub DBM-y (Duchowi Bracia Michnika) wnoszą pozew do sądu o zniesławienie, rozprawa odbywa się stosunkowo szybko i sprawca zostaje ukarany. Gdy jest sytuacja odwrotna, Michnik zostaje uniewinniony. Ze względu na „znikomą szkodliwość społeczną” tak, jak n.p. Michał Borowski (Berman) za zatajenie przed władzami podatkowymi posiadanie dwóch ekskluzywnych mieszkań w Warszawie i Poznaniu. (Zobacz: http://www.gazetapolska.pl/8507-tajne-lokale-michnika ).

Innym przykładem jest ciągnąca się od paru lat sprawa sądowa o oszczerstwa i kłamstwa

pod adresem prezesa USOPAŁ, Jana Kobylańskiego. Dowody są, leżą przed sędzią, ale sąd i sędziowie wydać wyroku nie są w stanie. Jakie siły trzymają ich w szachu?

Sędziowie w PRL-bis zwaną „III RP” są nieusuwalni. Są nadal mianowani przez klany i kliki

– 53 –

rządzące. Pierwsze, co zrobiły po umocnieniu się i okopaniu u władzy w Polsce po 1989 roku, to znieśli szybko karę śmierci, żeby pozbawić Polaków podstawy prawnej do powieszenia czołowych bandziorów czerwonego aparatu terroru. Drugie, co zrobili, to

ustanowili szybko prawo o „ochronie danych osobowych”, żeby Polakom utrudnić, albo

uniemożliwić zorientowanie się, kto jest kim w „III RP”. Jeszcze inne, to prawo o ochronie

dóbr osobistych. Sędziowie powinni być wybieralni. Inaczej będą zawsze narzędziem, jak

dotychczas, klanów i koterii sprawujących aktualnie władzę.

W sytuacji politycznej, jaka dzisiaj istnieje w Polsce, głosowanie na prawdziwych Polaków

nie jest proste. Po pierwsze, kto tam wie z obywateli nie „siedzących w polityce”, który z nich jest prawdziwy, a który P.O.P. (pełniący obowiązki Polaka). A po drugie – nawet jakby taki jeden, dwóch czy trzech etnicznych Polaków dostało się do którejś koterii partyjnej, to i tak zostanie połknięty (szybko zdeprawowany) przez większość i uspokojony. Tę watahę pookrągłostołowych potomków bandy żydowsko-kominternowskiej i ich polskich lokajów z „awansu społecznego”, trzeba po prostu rozpędzić. Być może, że trzeba będzie wyjść na ulice Warszawy i uporczywymi demonstracjami wymusić na nich gruntowne zmiany w kreowaniu

władzy ustawodawczej (sejm), sądowniczej i wykonawczej (rząd). Alternatywą jest rola

niewolnika, siedzącego cicho i narzekającego na złe rządy. Siedzenie cicho (mentalność zająca) rozzuchwala sprawujących władzę, zwłaszcza obcej prowieniencji – i motywuje do

„przykręcania śruby”. W tej sprawie nie może być żadnych kompromisów. Pójście w tym wypadku na kompromis oznacza pójście na kompromis z prawdą. Przegrana gwarantowana.

Jak już wskazałem wcześniej, jakość polskości rządów, sprawowanych przez stadninę

pookrągłostołową obnaża ich stosunek do zbrodni i rabunku dokonanych na Polakach

na Kresach Wschodnich przez Ukraińców i w Polsce przez bandę żydowsko-kominternowską. Ale nie tylko to. Równie ich stosunek do żydowskich hochsztaplerów i cynicznych lisów z USA i Izraela, dążących do wyłudzenia od Polski (od Polaków) 65 miliardów dolarów odszkodowania za jakieś tam mienie żydowskie pozostawione w Polsce.

Niewątpliwe, że jakieś mienie Zydzi stracili w Polsce. Ale, czy jest to winą Polaków?! Byli to Polacy, którzy napadli na Zydów i ograbili ich z posiadanego przez nich mienia?! Ile tego mienia(majątku) stracili Zydzi w Polsce?!

Pamiętajmy tu o fakcie, że najwięcej Zydów zgromadzonych zostało w t.zw. „zonie żydowskiej”, ustanowionej przez władze carskiej Rosji. Ta zona, (mało kto o tym wie), to wschodnie tereny dawnej Rzeczypospolitej; to wschodnia część ziem polskich pod zaborem rosyjskim. Władze carskiej Rosji, chcąc pozbyć się Zydów ze swego terytorium, przegnali ich na tereny polskie, gdzie stworzyli obóz dla Zydów rosyjskich. „Był to zmodyfikowany plan

Pobiedonostsewa, głowy rosyjskiego ortodoksyjnego synodu, plan zlikwidowania Zydów w

Rosji”.

Ta zona, w jednej trzeciej terytorium polskiego, biorąc pod uwagę obszar od Łodzi w kierunku wschodnim (dziś granica na Bugu), to poza Bugiem znajduje się 2/3 dawnego

terytorium państwa polskiego. Dzisiaj są to tereny administrowane od II w.św. przez Litwę,

Białoruś i Ukrainę. Pytanie, jakie się tutaj nasuwa, brzmi: Czy Polacy mają płacić dzisiaj za

mienie żydowskie, które znajduje się w posiadaniu Litwinów, Białorusinów i Ukraińców?!

Pytanie na miejscu, bo mówi o tym suma rozczeń 65 miliardów dolarów. Za 1/3 żydowskich dóbr materialnych, które Niemcy zrównali z ziemią znajdujących się jakoby na terytorium

– 54 –

dzisiejszego państwa polskiego, 65 miliardów dolarów cuchnie mocno typowo żydowską chucpą.

Byłemu ambasadorowi izraelskiemu w Polsce, Szewach Weiss’owi i amerykańskim Zydom

coś się chyba w głowach poknociło: Zydów, którzy byli bogaci, lub względnie sytuowani, było mało w stosunku do liczby Zydów w Polsce międzywojennej. Przytłaczającą większość

stanowiła biedota wypędzona z Rosji, prymitywna i zacofana masa ludzi, którzy poza chałatem i wylęgarnią wszów nie miała nic.Cuchnęli na odległość nie tylko czosnkiem i cebulą. Przymierali głodem. Byli siedliskiem rozmaitych chorób a głównie gruźlicy z niedożywienia. Jakie majątki mogli ci ludzie pozostawić w Polsce?

To, że żydowski cynizm i bezczelność nie zna granic, to na ogół dobrze jest wiadomym w

Europie i USA oraz Kanadzie. (W języku hebrajskim nazywa się to chutzpach). I z tym trzeba się pogodzić, że Zydzi są tacy. Trudno natomiast zrozumieć, dlaczego u władzy, pragnącej uchodzić za polską, nie znajduje się ani jeden Polak, który byłby zdolny tupnąć nogą i powiedzieć: Dość tej chucpy!! Po pierwsze, Polska w latach 1939 – 1944 znajdowała się – jako państwo okupowane – pod jurysdykcją niemiecką. Obywatele polscy (dotyczy to też żydowskich obywateli państwa polskiego) nie mieli żadnego realnego wpływu na to, co władze niemieckie czyniły. Za zniszczenia i przepadek mienia w tym czasie odpowiedzialne są władze okupacyjne, czyli Niemcy. Do wypłaty odszkodowań zobowiązane jest – z natury rzeczy – państwo niemieckie, a nie polskie.

Cynizm i bezczelność żydowskich hochsztaplerów amerykańskich i izraelskich (np. Szewach

Weiss) polega na tym, że usiłują wyłudzić od państwa polskiego odszkodowania, jakie już

dawno otrzymali od państwa niemieckiego, które wypłaciło Zydom i Izraelowi w latach

1950 – 1965 wiele dziesiątek miliardów dolarów odszkodowań i na dodatek udzieliły wielomiliardowej pomocy materialno-militarnej. Kto dzisiaj o tym pamięta?! To było 50 lat temu. Niektórzy Zydzi o tym wiedzą, ale nie powiedzą. A niby dlaczego mają to rozgłaszać?

Przecież to nie leży w ich interesie. A może się uda wyłudzić coś dodatkowo od państwa polskiego i od głupich Polaków? Przypomnieć to Zydom jest obowiązkiem Polaków!

O tym, że wielu Zydów to wie, nie ulega wątpliwości.

Wychodzący w Izraelu dziennik pt. „HAOLAM HAZE” pisał w 1965 roku: „Stosunek

naszego rządu do rządu Adenauera oparty jest na cynicznej transakcji, może najbardziej cynicznej od chwili, gdy Adolf Hitler proponował Brandtowi transakcję towarów za krew.

Otrzymaliśmy pieniądze. Otrzymaliśmy pomoc. Sprzedaliśmy N.R.F.-owi świadectwo moralności następującej treści: My państwo Izrael, ofiary nazizmu, uratowani z Oświęcimia,

dyplomowany symbol postępu i socjalizmu w świecie, potwierdzamy niniejszym, że posiadacz tego świadectwa nie jest już faszystą, lecz całkiem nowym Niemcem, który ma prawo być przyjęty do każdego grona.”.

W latach 1944-1956 Polska znajdowała się pod jurysdykcją sowiecką. To jedna rzecz. A druga, to fakt, że rzeczywistą władzę w tym kraju sprawowała banda żydowsko-kominternowska, czyli – mówiąc językiem prez. B.Komorowskiego, Jana T. Grossa i

prof. Barbary Engelking-Boni z Centrum Badań nad Zagładą Zydów – naród żydowski.

Logiczne jest, że w tym wypadku po odszkodowania za utracone w tym czasie mienie na

terytorium Polski Zydzi powinni zwracać się do ZSRR i Zydów, którzy sprawowali rzeczywistą władzę w Polsce. I nie tylko tych, którzy zostali w Polsce, ale równie do tych,

– 55 –

którzy wyjechali z Polski po 1956 roku i po marcu 1968. Znajdują się oni w Izraelu i w różnych krajach europejskich, np. parę tysięcy w Szwecji, Danii i w mniejszych ilościach w innych państwach. Nie trudno ich odnaleźć, bo ich kartoteki leżą w MSW i innych archiwach.

Ale na tym nie koniec. Otwartą pozostaje sprawa zbrodni dokonanych na Polakach przez bandę żydowsko-kominternowską, sprawującą praktycznie niepodzielną władzę w Polsce przez 12 lat powojennych. W tych zbrodniach, t.j. wymordowaniu kilkudziesięciu tysięcy Polaków i zniszczeniu życia kilkusettysiącom brali przecież udział Zydzi, którzy sprawowali

kierowniczą rolę w krwawym terrorze, skierowanym przeciw narodowi polskiemu. (Vide: „krwawa Luna”, Adolf Berman, Romkowski, Różański i spółka).

Nie bójmy się tutaj wziąść przykład z prez. B.Komorowskiego: Jeżeli w zbrodni w Jedwabnem brał udział naród polski, to w wymordowaniu ponad 40 tysięcy Polaków po II w.św. brał udział naród żydowski.

Polskim ofiarom zbrodni, rabunku i terroru żydowskiego należą się też konkretne odszkodowania. Mając na uwadze liczby zamordowanych, trzymanych w więzieniach UBeckich i obozach pracy przymusowej, cyfra 120 miliardów dolarów zadośćuczynienia za wyrządzone tym Polakom i ich rodzinom krzywdy nie wydaje się zawyżona. Raczej zaniżona.

Warszawa jest najbardziej zażydzoną stolicą europejską. Stało się to na skutek nie tylko sowieckiej okupacji, ale również rozmyślnej polityki Zydów kominternowskich w późniejszych latach. Po 1946 roku na skutek t.zw. „repatriacji” wyeksportowano z Rosji sowieckiej do Polski kilkaset tysięcy Zydów. Dużą część z nich uplasowano w Warszawie.

To znaczy tyle, ile udało im się ukraść mieszkań od Polaków. Kilkadziesiąt tysięcy (30 tys.?)

z tej masy wyjechało na Zachód i do Izraela w latach 1948 – 1952. To byli głównie ci, którzy

uważali, że „kiedy w Polsce rządzili nie-Zydzi, a Zydzi handlowali, to dało się w tym kraju

żyć. A teraz, kiedy Zydzi rządzą a Polacy handlują, to lepiej stąd uciekać”. Resztę, która nie zmieściła się w Warszawie umieszczono na Dolnym Sląsku, głównie w Dzierżoniowie,

Wałbrzychu, Jeleniej Górze, Legnicy i we Wrocławiu. Wkrótce po tym Warszawę uczynili

na wiele lat miastem zamkniętym. Dla kogo zamkniętym?!

Zdobycie zameldowania się na stałe w stolicy dla Polaków zostało zamknięte. Możliwość

uzyskania zameldowania mieli tylko Zydzi (nazywało się to: „w ramach łączenia rodzin”) oraz wyższej rangi UBecy i aparatczycy PZPR-owscy dlatego, że jako dyspozycyjni (lokaje) też byli cenieni i użyteczni. W ten sposób odcięto dopływ do Warszawy – stolicy kraju – Polaków niekomunistów.

Jak już wcześniej wspomniałem, członkowie mafii żydowsko-kominternowskiej zajmowali się nie tylko mordowaniem Polaków, ale równie tworzeniem potomstwa i zapewnianiem mu

przyszłości, gdy dorosną. Jest to rzeczą naturalną. Ale zrozumiałym jest też, że potomstwo to nie nadawało się do zatrudnienia przy taśmach montażowych ciągnika marki „Ursus” czy w hucie „Warszawa”, kiedy istniały stworzone przez ich rodziców ministerstwa, departamenty,

sądownictwo, prokuratury, instytuty różnego rodzaju, archiwa i tym podobne pasożytnicze co prawda, ale bardziej ponętne i daleko lepiej płatne posadki w instytucjach, w których tatusie, mamusie i ciotki decydowały i rządziły.

Warszawa, jako stolica kraju, stanowi centralny ośrodek organów rządowych, czyli centrum zarządców resztą kraju. Tu wymyśla się i tworzy różne dyrektywy i zarządzenia, które

– 56 –

następnie narzucane zostają całemu krajowi. Jest to naturalne i praktykowane przez wszystkie zorganizowane państwa. To, co jest nienaturalne w sytuacji polskiej, to to, że centralne organy władzy państwowej są obsadzone przez ludzi o mentalności i filozofii życia obcej dla Polaków etnicznych. Z natury rzeczy ich interesy będą zawsze różniły się od interesów państwa polskiego i rdzennych Polaków. W okolicznościach kolizji interesów żydowskich i polskich, staną ci ludzie zawsze w obronie tych pierwszych, czego przykładem ostatnim była reakcja szefa rządu, Tuska i szefa MSZ, Sikorskiego, którzy złożyli skargę na obywatela polskiego, żyjącego i działającego na terytorium Polski – do innego państwa, z oczekiwaniem, że tamto obce państwo go przykładnie ukara. A to tylko, żeby zadowolić szefa organizacji żydowskich w USA, Lauder’a i upokorzyć Polaków.

Innym przykładem jest wystąpienie tegoż Sikorskiego podczas jego ostatniej wizyty w Wielkiej Brytanii, gdzie powiedział publicznie Brytyjczykom, że w Polsce takich Breivików

jest pełno. Zamiast bronić interesów i dobrego wizerunku państwa, co jest jego zadaniem jako szefa MSZ, Sikorski robi odwrotnie: przedstawia Polaków w bardzo negatywnym świetle.

W kraju takim jak Norwegia Sikorski po takim wystąpieniu już na drugi dzień nie byłby szefem MSZ i politycznie byłby spalony. W Polsce to się nie stało. Daje się to wytłumaczyć tylko tym, że stoją za nim mocne siły plemienne i polityczne, które mają interes w tym, żeby Polaków przedstawiać w złym świetle. Harmonizuje to z wystąpieniami Komorowskiego, Mazowieckiego, Grossa, Michnika i jego DBM-ów.

Nie potrzeba mieć wielkiej wyobraźni, aby zauważyć jakie są to siły. Patrząc wstecz od 1945 roku, podczas gdy Polacy byli terroryzowani i mordowani, członkowie bandy żydowsko- kominternowskiej robili dzieci i dbali o ich dobry rozwój fizyczny i umysłowy. A później zabiegali o zapewnienie im odpowiednich kluczowych stanowisk w organach władzy

centralnej, w aparacie przymusu, sądownictwa, propagandy, oświaty, filmu itp. Zawierano małżeństwa wśród swoich i znowu rodzono dzieci, które kształcono w odpowiedni sposób i potem wypychano na na przód w hierarchi władzy i wpływów politycznych. W ten sposób

zapewniano sobie ciągłość dostępu do polskiego pastwiska i kontroli nad władzami centralnymi. Jako przykład można tu przytoczyć karierę Stefana Mellera, syna członka bandy żydowsko-kominternowskiej, Zyda Adama Mellera, którego wspomniałem już wcześniej przy innej okazji. Stefan Meller był m.in. ministrem spraw zagranicznych. Poprzednim szefem MSZ był inny Zyd, Adam D. Rotfeld. Stefan Meller (zmarł niedawno) miał dwoje dzieci.

Syna, Marcina Mellera, który jest dziennikarzem i prezenterem programu telewizyjnego „Dzień Dobry TVN”. Córka, Katarzyna została w 2008 roku rzecznikiem prasowym spółki „PL.2012”.

Jako następny przykład można przytoczyć karierę Michała Komara, syna członka bandy

żydowsko-kominternowskiej, Zyda Wacława Komara (Mendela Kossoja), który pełnił m.in.

funkcję dyrektora Depart. VII UB i dowódcy KBW, wsławionej w krwawych mordach na polskim podziemiu politycznym. Był agentem OGPU/NKWD. Syn Michał Komar, rówieśnik

A.Michnika, otrzymał wykształcenie na SPGPiS w Warszawie. Zrobił tam doktorat przy solidnej czułej opiece znajomych taty, ciotek i wójków z tej samej stadniny ideowo-plemiennej. Potem otrzymał pracę w TVP, był wiceprezesem wydawnictwa „Czytelnik”, po

Magdalence i okrągłym stole współtworzył „Nową Telewizję Warszawa”, współpracował z

„Polskim Radiem”, krakowskim „Tygodnikiem Powszechnym” i „Teatrem Telewizji”. A więc jeszcze jeden Zyd usadowiony na odcinku prania i urabiania mózgów Polaków. Należy tu też wymienić tytułem przykładu ze świata filmowego Agnieszkę Holland, córkę

– 57 –

żydowskiego stalinisty, Henryka Hollanda. Inny jeszcze przykład, to Andrzej Mietkowski, syn członka bandy żydowsko-kominternowskiej, gen. UB Mieczysława Mietkowskiego. A. Mietkowski bywał szefem Agencji Informacji w TVP i pełni rozmaite w funkcje w mediach

tzw. „III RP”. Jak widzimy z tych przykładów, gdy ma się właściwe pochodzenie etniczne i ideologiczne, drzwi stają się otwarte na uniwesytety, na wpływowe stanowiska i do lukratywnych posad.

Innym przykładem szybkiej kariery jest Michał Borowski. Nie wiem w jakim stopniu jest

spokrewniony z komunistą żydowskim, Wiktorem Borowskim (Aronem Bermanem), ale

jest synem Miriam Borowskiej, po marcu 1968 roku mieszkającej w Szwecji. No i Michał jest

oczywiście starym przyjacielem A. Michnika. W każdym bądź razie pochodzenie rodzinne

i układy plemienne załatwiły mu w 2003 roku posadę Naczelnego Architekta Warszawy (nb. posadę tą otrzymał od ówczesnego prezydenta Warszawy, Lecha Kaczyńskiego) i w

2007 szefa Narodowego Centrum Sportu. W zeznaniach podatkowych ukrył dwa luksusowe mieszkania i certyfikaty depozytowe o wartości pół miliona złotych. Prokurator „III RP”

prowadzący w tej sprawie śledztwo, umorzył sprawę uznając, że ukrycie tych danych majątkowych przez Michała Borowskiego było – uwaga: „niedbalstwem z jego strony”. I tak uzasadnił umorzenie sprawy: „Za taką tezą przemawia okoliczność, iż Michał Borowski

jawi się jako osoba wyjątkowo majętna. Kwota 500 tysięcy zł. stanowiła zaledwie ułamek

ogólnego majątku podejrzanego.” (Zobacz: Anita Gargas, „Mieszkania Michnika i zęby

CBA”, http://www.gazetapolska.pl . No, no! Nasuwa się tutaj pytanie: Jak Michał Borowski

doszedł do tak ogromnego majątku, którego ułamek stanowi 500 tysięcy zł. w 2011 roku?!

Takich przykładów, jak robiono kariery we władzach centralnych, no i majątki na fundamencie zbrodni i rabunku dokonanego na Polakach, można przytoczyć tysiące. Te powyżej wystarczą nam dla ilustracji rzeczywistości.

O wielkości zagęszczenia Warszawy Zydami kominternowskimi i o ich nieuzasadnionych wpływach politycznych (nie mówiąc już o innych) w Polsce dowodzą inne fakty. Na przykład taki, że na czele rządów pookrągłostołowych byli w większości Zydzi: Tadeusz Mazowiecki

(Icek Dikman), J.K. Bielecki (Izaak Blumenfeld), Hanna Suchocka (Hajka Silberstejn),

Włodzimierz Cimoszewicz, syn wysokiego oficera bandy żydowsko-kominternowskiej,

Goldsteina, J.Buzek (Mysures Zweinos). Ministerstwo Spraw Zagranicznych jest całkowicie

opanowane i kontrolowane przez potomków tej samej bandy, co nie wahał się podkreślić

nawet poprzedni prezydent, Lech Kaczyński, w wywiadzie, którego fragment przytoczyłem wcześniej. W Sejmie i Senacie dominują ludzie tej samej prowieniencji, co dowiedli zresztą

swoimi wystąpieniami politycznymi.

Podobną nadreprezentację żydowską znajdziemy na stanowiskach prezydenta „III RP”. Po cynicznym wykorzystaniu Wałęsy do „ugaszenia pożaru”, na to stanowisko wypchnięto syna byłego żydowskiego UBeka, Kwaśniewskiego, (Stoltzmana), który utrzymał to stanowisko przez dwie kadencje. (Nie było Polaka nadającego się do pełnienia tej funkcji?!!). Po nim otrzymał ten urząd Lech Kaczyński, powiązany z żydowskimi klanami i sitwami poprzez swoją żonę. Ze był pod ich wpływami, dowiód już, gdy był ministrem sprawiedliwości. W czasie wielkiego wrzasku żydowskiego wokół Jedwabnego, wyszedł z postulatem

przeprowadzenia ekshumacji zwłok i policzenia ich. Jednak do tego nie doszło, bo Kaczyński

– 58 –

szybko został przywołany do porządku przez swych mocodawców. Dla równowagi i uwiarygodnienia się u Zydów, jako prezydent wprowadził do Sejmu żydowskie święto Chanuka. (Co?!). Ale idźmi dalej. Udał się w pielgrzymkę do Izraela, gdzie paradował w

jarmułce i zgadzał się z Izraelitami w przedmiocie „zadośćuczynienia” za mienie pożydowskie w Polsce objecując, że zajmie się tą sprawą.

Andrzej Olechowski (Mosze Brandwein) co prawda prezydentem nie został, choć kandydował na to stanowisko. Nie mniej pełnił wiele czołowych i wpływowych funkcji we

władzach centralnych, był między innymi ministrem finansów w rządzie Jana Olszewskiego.

Olechowski był założycielem Platformy Obywatelskiej, która przesiąknięta jest B.D.M.-ami.

Może to nam wyjaśnia, dlatego tak zażarcie P.O. broniona jest przez media michnikowskie.

Obecny prezydent Komorowski też nie jest „pewny”, bo warszawskie klany i koterie żydowskie zaczęły w pewnym momencie wątpić, czy aby Komorowski jest przez Polaków uznawany, t.zn. czy jest przez nich traktowany jako swój. Dlatego zapewne zaczęły ich prewencyjnie urabiać, podpowiadając im, że Komorowski ma „korzenie” w rodzinie ziemiańskiej, ergo: jest z pochodzenia ziemianinem; co już pachnie szlachcicem polskim. Był to zabieg propagandowy chyba po to, żeby Polacy przestali wątpić w jego niepolską przynależność plemienną. Ale, czy w sytuacji Komorowskiego przynależność etniczna ma znaczenie? Nawet gdyby był etnicznym Polakiem, powiedzmy n.p. potomkiem jakiegoś robotnika folwarcznego, opryszka czy ziemianina – to nie ma to tutaj znaczenia, bo ma nałożoną obrożę w postaci żony, Hajki, która jest córką wysokiego oficera aparatu terroru bandy żydowsko-kominternowskiej. Czy można w tej sytuacji oczekiwać, że będzie dbał o interesy polskie i narodu polskiego?! Nie ma co się zatem dziwić, że szczeka i skomle tak, jak oczekują jego mocodawcy. No, niechby tylko spróbował… Rodzina rodziny żony i znajomi ich królika szybko mu pomogą, żeby „zmądrzał”.

I właściwie na tym można całość zakończyć, bo jednym z moich celów było ukazanie rodowodu dzisiejszych elit t.zw.”III RP”. Zdaję sobie sprawę z tego, że u Czytelnika może takie zakończenie wywołać pewien niedosyt, bo brakuje tu odpowiedzi na pytanie: Jak

zmienić tę sytuację polityczną? Co robić w tym kierunku? Ale przypominam, że nie te kwestie były tematem tej pracy.

Co robić, żeby się wyzwolić spod kurateli i władzy potomków bandy żydowsko-kominternowskiej, to temat odrębny. Można tu tylko stwierdzić, że sytuacja jest ciężka, ale

nie beznadziejna. Zrobić można dużo, kiedy ma się świadomość sytuacji i kiedy wróg został

zlokalizowany. I to było moim drugim celem.

Władysław Gauza

Wrzesień 2011

– 59 –

P.S.

***********************

Pragnę tu zwrócić jeszcze uwagę na niektóre ważne czynniki, o których należy pamiętać przy

podejmowaniu walki. Chodzi o to, żeby nie dać się wykołować wrogowi.

1) Zdefiniowanie wroga. To zostało już dokonane w tej pracy.

2) Zlokalizowanie wroga. To też mamy za sobą.

3) Przestać się bać. Kiedy my przestajemy się bać, wtedy wróg zaczyna się bać. A to

decyduje o sukcesie.

4) Pracować nad zmianą dotychczasowej świadomości historycznej i politycznej

społeczeństwa – świadomości, która została ukształtowana i narzucona przez

wroga. Zmianę świadomości dokonuje się przy pomocy działań propagandowych

począwszy od rodziny, przyjaciół i znajomych. Jest to t.zw. praca od podstaw.

5) Odrzucić t.zw. poprawność polityczną. Przywrócić rzeczom właściwe nazwy. Nie bać się

nazywać łopaty, łopatą. Język tych „łże elit” nie jest naszym językiem, choć niby go

rozumiemy. Nie dać sobie narzucać określeń i terminów kreowanych przez te elity, bo

oni je tworzą na swój użytek; do tworzenia treści dla obrony swoich partykularnych

interesów. W naszej walce politycznej t.zw. językowa ścisłość pisarzy, publicystów i

różnych profesjonalistów PRL-owskich, nie jest przydatna. Wśród tych pseudointelektualistów jest masa oszustów, a i równie, głupców politycznych, ludzi tchórzliwych i o zajęczej mentalności. Ci będą się bronić przed zmianą sytuacji, bo nie wiedzą, jak na tym wyjdą i jak wyjdą na tym ich krewni i znajomi królika. Pojawią się też i polityczne skunksy. A te – jak wiadomo – kiedy czują się zagrożone, produkują i wydzielają smród.

Przede wszyskim należy wyzbyć się naiwności. Nie należy nikomu wierzyć na słowo. Wśród

t.zw. „naukowców”, ludzi z wyższym wykształceniem, oszustów i szalbierzy znajduje się tyle

samo, a może więcej, niż wśród ludzi niewykształconych. Dlatego na wszystko, co mówią i

piszą należy patrzeć bardzo krytycznie i z dużą dozą podejrzliwości. Mamy tu bowiem do czynienia z wyrafinowanymi zawodowymi oszustami. Ich ofiarami padają nie tylko ludzie mało wykształceni, ale równie z wyższym wykształceniem a nawet z tytułami naukowymi
I nie tylko świeccy, ale także księża i biskupi, którzy będą bezmyślnie „chlapać”, jak papugi, różne zasłyszane głupstwa i bzdury. (Ja tutaj nie mówię o tych, którzy robią to świadomie, będąc na usługach bandokracji „III RP”).

Jako przykład niech nam tutaj posłuży pierwszy okres pomagdalenkowy i pookrągłostołowy.
W czerwcu 1989 roku poseł PRLowski, Szczepkowska, ogłosiła z trybuny sejmowej koniec komunizmu w Polsce. Po jej wystąpieniu otrzymaliśmy, według ówczesnej propagandy, już na drugi dzień „demokrację”.

Jak można twierdzić, że już mamy „system demokratyczny” w sytuacji, gdy w rękach bandy żydowsko-kominternowskiej i ich lokajów z awansu społecznego pozostawały środki masowego przekazu (najważniejsze dzienniki, tygodniki, radio, telewizja i wydawnictwa) oraz środki finansowe i ekonomiczne?! Nawet, gdy pozwolono tworzyć społeczeństwu formacje (partie) polityczne i wydawać pisma, to o jakiej równości startu do działań politycznych można było mówić? Jaka to była – która zresztą jest taką do dzisiaj – ta „demokracja”?!

– 60 –

Jednakże fakt ten nie przeszkadzał rozmaitym uczonym w gadaniu i piśmie głosić, że już mamy prawdziwą upragnioną demokrację. To, że kłamstwo to narzucały Polakom żydowsko-kominternowskie elity, to zrozumiałe. Ale kiedy wtórowali im ludzie nie identyfikujący się dotąd z komunizmem, to mieliśmy do czynienia, albo z głupcami albo z oszustami, wspomagąjącymi bandokrację postPZPRowską. Wśród tych głupców politycznych i oszustów było, niestety, dużo księży katolickich i biskupów. Ci ostatni mogli się zdobyć na szczyptę uczciwości i prawdy, i przynajmniej milczeć, jeżeli nie stać ich było na uczciwość i odwagę, by powiedzieć wiernym, że mamy tu do czynienia z ogromnym oszustwem. Widać tutaj, że i na tych polskich „inteligentach” współczesnych nie można polegać. Nie będę wymieniał tu po nazwisku tych kościelnych głupców i oszustów. Wspomnę tylko, że i prymas J.Glemp był jednym z nich obok bp. Pieronka, Zycińskiego, Dąbrowskiego czy Orszulika.

Drugie wielkie oszustwo, na które Polacy dali się nabrać, to „tolerancja”. Oczywiście, banda pookrągłostołowa była i tu na czele. I pierwszą, która wskazała troskliwie narodowi polskiemu, co należy tolerować… No i od kiedy. „Nie można domagać się od przeciwników tolerancji, jeżeli samemu jest się tolerancyjnym tylko wówczas, gdy się jest bezsilnym.” – przypominał publicysta paryskiej „Kultury”, Juliusz Mieroszewski w swej książce „Polityczne neurozy”.

Banda żydowsko-kominternowska podniosła wysoko sztandar „tolerancji” po 1989 roku, kiedy się poczuła osłabiona i niepewna swej przyszłości. A Polacy? Kiedy dostrzegli ten „sztandar tolerancji”, wyciągnięty przez najbardziej nietolerancyjną bandę, dostali coś w rodzaju szoku. I… nie wiedzieli jak na to zareagować.

Dzisiaj społeczeństwo polskie przywykło (przyzwyczajono je) już do tego rodzaju zagrań,to znaczy, że mają tolerować wszystko, co robią władze (te niepolskie) i co głoszą t.zw.

łże elity postkominternowskie i postfolwarczne. Jeżeli ktoś tego nie toleruje, to znaczy, że

narusza interesy tych elit. To zaś kwalifikuje się do skierowania sprawy do sądu, za „naruszenie obowiązującego prawa”. Nb. tego prawa, jakie te elity ustanowiły w obronie swych posiadłości. Czy nie nadszedł czas, żeby oprzytomnieć?!

Tolerancja oznacza, nie mniej ani więcej tylko to, że osobie – wyrażającej poglądy przeciwne, lub inne – daje się prawo mieć inne poglądy, niż posiada się samemu, i daje się jej prawo do ich wyrażania w mowie i piśmie. Tolerancja nie oznacza, że trzeba, lub że jest sięzobowiązanym, respektować i honorować odmienne poglądy. Oznacza tylko, że przeciwnik ma prawo je wyrażać. W świetle tej definicji, Zydzi są najmniej tolerancyjnym narodem.

Po „wytolerancjonowaniu” Polaków znowu ich wykiwano, że aż wstyd to wspominać.

Narzucono im mniemanie, że „teraz, kiedy już mamy „zachodnią demokrację”, nadszedł czas na zachodnie „ładne różnienie” się (w debatach politycznych i w propagandzie). I co? Ano, to samo. Ten haczyk Polacy też połknęli. Ale kiedy poczuli ból, było już – jak zwykle – za późno.

Kiedy komuniści mieli niepodzielną władzę nad Polakami, to można było się różnić nieładnie. Wypadało wtedy wyzywać Polaków od „bandytów faszystowskich”, „zaplutych karłów reakcji”, „przekupnych karierowiczów”; nazywać ich „chytrymi łotrami”, „antysemitami”, „chuliganami”, „warchołami”, ”bandytami” etc. Po 1989 roku, kiedy stadnina PZPRowska utraciła częściowo monopol na propagandę, bo musiała pozwolić na

– 61 –

zaistnienie innych czasopism i wydawnictw, stała się nagle chorążym „ładnego różnienia się”. – Teraz nie wyzywajmy się! Teraz nadszedł czas, żeby się nawzajem ładnie traktować!

Bo dzisiaj stadninie postkomunistycznej tak najlepiej pasuje.

Tym posunięciem wybiła Polakom kolejną broń z ręki. Chodziło o to, żeby nie nazywano rzeczy po imieniu; że nieładnie jest mówić publicznie prawdy o tych elitach, iż składają się z potomków bandy żydowsko-kominternowskiej, polskich opryszków i mętów społecznych,

ludzi podłego gatunku z marginesu społecznego. Dlaczego nie mówić głośno prawdy, zwłaszcza kiedy Kościół poucza „żyjcie w prawdzie”, „prawda was wyzwoli” i t.p. Chyba

nadszedł czas, żeby i z tego chytrego chwytu postkominternowskiej stadniny wyrwać się wreszcie?!

Warto tu zauważyć inne głupstwa i bzdury zaprezentowane Polakom i na które dali się nabrać. Pierwsze z nich, to narzucenie im „nauki” Kościoła o „chrześcijańskim odpuszczaniu

winy”. Podnieśli to najpierw propagandziści bandy pookrągłostołowej i wtórowali im

„uczeni w piśmie” młodsi bracia w wierze, począwszy od zwykłych księży po niektórych

biskupów (tak zwanych „postępowych” i „liberalnych”) włącznie.

Niewątpliwie, że byli wśród nich zwykli głupcy, ale na pewno też tajni (i otwarci) współpracownicy tych elit, jak np. bp.Pieronek czy bp. Zyciński (dziś już nie żyje – dzięki ci Boże za to) i kilku innych.

Dziwną naukę kościelną narzucają narodowi polskiemu ci słudzy boży, którzy pouczają Polaków, że należy winy wybaczać zbrodniarzom, terrorystom i krwawym oprawcom spod znaku bandy żydowsko-kominternowskiej i ich polskim pomocnikom z marginesu społecznego, ale nie słychać tychże moralistów, gdy jakiś Polak stawiany jest przed sądem za to, że coś ukradł, bo nie miał co dać dzieciom do ust. Gdy takiego nieszczęśnika stawia się przed sądem PRLowskim, żaden moralista chrześcijański nie bąknie nic. W tym przypadku „uczeni w piśmie” nasi młodsi bracia w wierze dziwnie milczą. Coś, jakby pomarli na taką okoliczność.

Powiedzmy sobie od razu, że słudzy kościelni, którzy obezwładniają Polaków sloganami o potrzebie „odpuszczania win” w chwilach zagrożenia interesów czerwonych i postczerwonych bandziorów są, albo głupcami albo oszustami. W obu przypadkach jednakowo groźni. Wybaczenie winy nie oznacza zwolnienia od kary. Najpierw pokuta a

potem możemy rozważać odpuszczenie win. Papież Jan Paweł II bywał w Polsce kilka razy. W czasie jednej ze swoich pielgrzymek odwiedzał więzienia i więźniów. Przy żadnej z tych wizyt więziennych nie zwracał się do Polaków, żeby odpuścili tym więźniom winy i natychmiast zwolnili ich od odbywania kary. Przed śmiercią odwiedził w więzieniu włoskim swego niedoszłego zabójcę. Odpuścił mu przy tej okazji winy, ale nie namawiał ani nie domagał się od władz włoskich, żeby go zwolnić od odbywania kary. Krótko mówiąc: Takie tłumaczenie i praktykowanie „odpuszczania win”, jak się je stosuje w naszym kraju przez różnego rodzaju autoramentu moralistów jest oszustwem wobec Polaków i chrześcijan, i jest usiłowaniem ich ubezwłasnowolnienia.

Innym oszustwem jest interpretacja i praktykowanie „miłosierdzia chrześcijańskiego”, „nadstawianie drugiego policzka”, kiedy zostaliśmy uderzeni w pierwszy i „zwalczania zła

– 62 –

dobrem”, znosić ataki wroga „z pokorą” . Te wymienione tutaj t.zw. „nauki kościelne” nie mają wiele wspólnego z naturą i rzeczywistością tego świata. Owszem, można je praktykować, ale na własną zgubę. Sojusz „Kościoła z Tronem”, to znany w historii 2000 lat

chrześcijaństwa powód do przewrotów i rozmaitych innych rewolt. Nie trudno wyobrazić sobie jakby to było, gdyby świat nadstawiał Hitlerowi czy Pol Potowi drugi policzek do uderzenia, zamiast chwycenia za broń? Nie trzeba tu chyba też tłumaczyć nikomu detalicznie,

jakby życie się potoczyło, gdyby chrześcijanie przyjmowali z – głoszoną przez pookrągłostołowych kaznodzieji katolickich – pokorą rozmaite bandyckie wybryki ludzi z

obozu bolszewickiego, nazistowskiego czy komunistycznego, n.p. Stalina, Hitlera, Pol Pota czy Bieruta/Bermana w PRL.

Chrześcijaństwo nie zabrania żadnemu chrześcijaninowi chwycenia za broń i jej użycia w chwilach zagrożenia. Gdyby chrześcijanie zawsze praktykowali nauki głoszone przez naszych polskich pookrągłostołowych ideologów katolickich i sługów bożych z Kościoła Tadeusza Mazowieckiego i jego stadniny ideowej, to cywilizacja chrześcijańska dawno przestałaby istnieć, a my prawdopodobnie bylibyśmy już od dawna muzułmanami i bylibyśmy ganiani co piątek do najbliższego meczetu. Po chrześcijaństwie nie byłoby dzisiaj śladu. Przypominał o tym autor „Myśli o Odrodzeniu Narodowym”, Stanisław Szczepanowski” w 1895 roku na łamach tygodnika wiedeńskiego „Przełom”:

„Bierny ideał męczeństwa, uświęcenie cierpienia, nie byłby świata chrześcijańskiego uratował od zagłady. Uratowało uświęcenie energii w ideale czynnym bohaterstwa. Na polach Katalońskich otrzymuje pod wodzą Karola Martela chrzest krwi rycerz chrześcijański. Od tej dopiero chwili chrześcijaństwo zdobywa stanowczo przewagę na polu organizacyj państwowej i życia narodowego. Od tej chwili dopiero nie zginie już żaden naród chrześcijański, bo niebo może się zdobywa męczeństwem, ale ojczyznę tylko bohaterstwem

– nie ginie, ale zwycięża. Garstka nieustraszonych rycerzy w górach Asturii staje się zawiązkiem przyszłej Hiszpanii, cały naród Franków staje się mieczem Kościoła, a jego

wyprawy przeciw Saracenom w Hiszpanii, przeciw heretykom we Włoszech, przeciw poganom w Germanii i Panonii, to „res gestae Dei per Francos”, wojny Boże, za pomocą

Franków dokonane. Sami papierze wzywają do wojny, a krzyżowcy wyruszali do wojny pod

hasłem: Dieu le veut!“.

Dlatego też, dla naszego narodu nie życzę sobie usposobienia kwietystycznego świątobliwych

pustelników azjatyckich i afrykańskich, którzy na chwilkę zguby ojczyzny nie powstrzymaliby, ale hartu i dzielności rycerzy hiszpańskich w Asturii, (…)”

SPIS TRESCI

Wstęp ……………………………………………………………………………………………………str. 1

Elity III RP – Rodowód ………………………………………………………………………….. 4

Krótka notka z życiorysu gen. Berlinga ……………………………………………………. 4

Teraz coś z życiorysu KPP i PPR ……………………………………………………………. 6

Drugi okres ……………………………………………………………………………………………. 21 Przekształcić naród genetycznie – Czyli zlikwidować inteligencję polską ……. 31

„Z kim się zadajesz, takim się sam stajesz” ………………………………………………. 32

Fabrykowanie nowych „elit” …………………………………………………………………… 37

Zydzi w „III RP”……………………………………………………………………………………. 48

P.S. ……………………………………………………………………………………………………. 59

za: https://wiernipolsce.wordpress.com/2011/12/28/elity-iii-rp-rodowod/

opolczyk 29 Grudzień 2011 o 12:16
Mam zastrzeżenia jedynie co do „patriotyzmu” Radia Maryja (i rebe” Rydzyka) oraz do przedstawiania prezydęta Kaczyńskiego/Kalksteina (str. 3O-31) jako Polaka i polskiego patrioty.
Rebe Rydzyk, aby uchodzić za patriotę trąca często nutkę niechęci do żydów. Pomaga to jemu w uwiarygadnianiu się jako Polaka i patrioty. Ale serwis informacyjny tv Trwam w niczym nie różni się od serwisów innych żydo-mediów. Te same kłamstwa o Syrii, Iranie, wcześnie o Libii. Te same kłamstwa przedstawiające okupację Afganistanu jako słuszną misję pokojową. Te same kłamstwa o sprawcach 11/9. Te sam kłamstwa czyniące zbrodnicze NATO obrońcami pokoju i demokracji. No i ta jego szczególna nagonka na Rosję.
Ponadto to właśnie media rebe Rydzyka są tubą propagandową kaczyzmu.

O tym, że dla Kaczyńskich/Kalksteinów Polska powinna być strategicznym partnerem (czytaj – wasalem) Izraela i USA autor Gauza nie wspomina.
O zasługach Kalksteinów dla żydostwa możnaby napisać równie obszerny tekst.
A wierchuszka PiS jest w przynajmniej takim samym stopniu zażydzona, co i reszta agenturalnych partii.

Reszta tekstu jest jak najbardziej OK.

———–

Reklamy