2 czerwca 1943 r. doszło do zbrodni w Hurbach. „W niewyobrażalnym bestialstwie przewyższyli stokroć Gestapo i NKWD”

2 czerwca 1943 r. – w piękny czerwcowy wieczór – polska wieś Hurby w powiecie zdołbunowskim, w województwie wołyńskim, przestała istnieć. Przyszli synowie sąsiadów hurbian – dziś czczeni na Ukrainie jako bohaterowie walki o niepodległość – i zamordowali przy pomocy siekier 250 ludzi. Najwięcej kobiet i małych dzieci, bo nie uciekali… Niektórych mordowali ze szczególnym okrucieństwem, niezrozumiałym do dziś ani dla historyka, ani dla psychologa.

To była ukraińska „armia powstańcza”, dowodzona przez wykształconych przed wojną w Polsce – głównie na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie – „oficerów”. Przecież na tym uniwersytecie wykładali wybitni humaniści, uczeni często światowej sławy!

Bandytów było około tysiąca. Mordowali za pomocą siekier i noży. Zabijanych poddawano nieludzkim torturom, kobiety gwałcono przed zamordowaniem.

Uratowanym świadkiem zbrodni jest Irena Gajowczyk, wówczas sześcioletnia Irenka Ostaszewska, która po latach odważyła się o niej opowiedzieć („Głos Kresowian” nr 11 – V-VI 2003):

Urodziłam się 16 grudnia 1936 roku w Hurbach, gmina Buderarz, powiat Zdołbunów, województwo wołyńskie. Z domu nazywam się Ostaszewska, córka Jana i Marii z domu Zielińskiej.

Byłam zbyt mała, aby się bronić i zbyt duża, żeby zapomnieć tragiczny dzień 2 czerwca 1943. Wieczorem tego dnia mama całą piątkę dzieci przygotowywała do snu. Byliśmy w samych koszulkach: najstarszy brat Marcel 12 lat, Lodzia 10 lat, Irena 6,5 roku, Stasia 4 lata, Tadzio 1,5 roku.

Mieszkaliśmy dość daleko od innych gospodarstw i tego dnia ktoś nas powiadomił, że wiele domów pali się i że banderowcy napadli na Hurby. Wtedy ojciec zdecydował, aby mama z dziećmi uciekła do pobliskiego lasu. Tak też się stało. Marcel wziął na plecy Stasię, mama najmłodsze z dzieci na ręce, ja zaś trzymając się sukienki mamy i Lodzia – uciekałyśmy. Dołączyło do nas wielu sąsiadów, wszyscy biegli w kierunku lasu. Ojciec został w domu, aby wynieść cenniejsze rzeczy i trochę żywności.

Uszliśmy może ze 150 metrów, kiedy mama zauważyła kilku młodych mężczyzn wychodzących z lasu. Każdy miał w ręku siekierę. Mama zaczęła krzyczeć przeraźliwie, abyśmy się chowali. Rozbiegliśmy się wszyscy w zboże na tyle już duże, że pozwalało nam ukryć się. Marcel ze Stasią odbiegł od nas, Lodzię pociągnęła za sobą jedna z naszych sąsiadek, a ja zostałam z mamą.

Rozpoczęła się rzeź. Banderowcy uderzali siekierami i nożami, kogo dopadli. Kilku z nich nadjechało na koniach i tratując w poszukiwaniu ofiar zboże – mordowali znalezionych. Kilku banderowców podbiegło do mojej mamy i jeden z nich uderzył ją w głowę siekierą. Mama upadła i wypuściła z rąk Tadzia, a ja z przerażenia krzyczałam. Na całym polu był ogromny wrzask i lament, ludzie błagali swoich oprawców o darowanie życia, no bo przecież ich znali! Oprawcy byli jednak bezwzględni. Mama czołgając się, przygarnęła do siebie płaczącego Tadzia i zakrwawionemu dała pierś.

Po niedługiej chwili banderowcy ponownie dobiegli do mojej Mamy i podcięli jej gardło. Jeszcze żyła, kiedy zdarli z niej sukienkę i poodcinali piersi. Ja leżałam przytulona do ziemi, chyba ze strachu nawet nie oddychałam. Mama i Tadzio strasznie się męczyli, Mama powyrywała sobie długie włosy z głowy, była strasznie zmieniona, bałam się jej, prosiła o wodę. Jak trochę się uspokoiło, pobiegłam na nasz ogród i na listku kapusty przyniosłam trochę wody, ale nie podałam, bo już nie jęczała i bałam się jej.

W pewnym momencie zobaczyłam straszny ogień i wycie zwierząt, to paliły się nasze zabudowania, bydło i konie chodziły po ogrodzie, a trzoda i drób paliły się razem z budynkami. Przerażona przesiedziałam do rana przy zwłokach mamy i Tadzia. Zobaczyłam też inne trupy, bardzo się bałam, było mi zimno, byłam tylko w koszulce.

Rano postanowiłam pójść do swojej cioci – Marii Terlickiej – myśląc w swej naiwności, że to tylko nas spotkało takie nieszczęście. Jej budynek, nowy, murowany, kryty blachą stał niezniszczony. Na podwórku było dużo koni, ale kiedy usłyszałam głośne rozmowy po ukraińsku, uciekłam stamtąd do mojej koleżanki, Stasi Materkowskiej. Jej budynek, nowy, też nie był spalony, a na podwórku także zobaczyłam dużo koni. Weszłam na ganek i chciałam wejść do mieszkania, gdy nagle usłyszałam pijackie krzyki, a jeden z Ukraińców krzyknął: – Mała Laszka! Strylaj! Wybiegłam do dobrze znanego mi ogródka i weszłam w krzak jaśminu. Siedziałam cichutko i obserwowałam, jak pijani banderowcy wybiegli na podwórko. Nie szukali mnie, powsiadali na konie i ze śpiewem odjechali.

Długo siedziałam w tym krzaku, płakałam i bawiłam się lalką, gałgankową, którą zabrałam ze sobą. Było bardzo gorące południe, co zmusiło mnie, by wyjść szukać wody i ludzi. Bałam się wracać do domu, którego już nie było. Wyszłam na drogę i w pewnym momencie zauważyła mnie moja ciocia, Helena Ostaszewska, która zaopiekowała się płaczącym dzieckiem. Opowiedziałam jej, co przeżyłam przez ostatnią noc.

Powoli ze zboża i innych kryjówek zaczęli wychodzić mieszkańcy Hurbów. Znalazła się moja siostra Lodzia, która też została przygarnięta przez ciocię. Stojąc w grupie zauważyliśmy, że z lasu biegnie jakiś mężczyzna. Zaczęliśmy się chować – każdy myślał, że to banderowiec – a to był mój ojciec. Opowiedział, jak całą noc uciekał przed banderowcami. Uciekł z płonącego domu przez okno i ukrył się pod jakimś mostkiem w lesie. Bardzo rozpaczał na miejscu kaźni mamy i brata, niedaleko leżał nieżywy Marcel i ciężko ranna Stasia. Miała dwie dziury w głowie oraz dwie, kłute nożem, dziury w brzuchu. Było widać jelita, jęczała i wołała mamusię. Pozostali mieszkańcy Hurbów zaczęli grzebać zwłoki najbliższych w miejscu ich śmierci. Ojciec pogrzebał mamę, dwóch braci i sąsiada w naszym ogrodzie. Mężczyźni połapali swoje konie, było też kilka wozów i bryczek, które się nie spaliły i zaczęliśmy się szykować do ucieczki, do Mizocza. Na naszym dużym wozie jechał Ojciec, Lodzia, opatulona ranna Stasia, oraz sąsiadka Wasylkowska z dziećmi. Wyjechało kilka furmanek w godzinach wczesnego popołudnia. Ojciec ciągle nas uspokajał, abyśmy nie płakały bo w lesie mogą być banderowcy.

za: http://niezwykle.com/2-czerwca-1943-r-doszlo-do-zbrodni-w-hurbach-w-niewyobrazalnym-bestialstwie-przewyzszyli-stokroc-gestapo-i-nkwd

za: wolnapolska.pl

Reklamy