22.06.2015

Zarzut współpracy z hitlerowcami – czy mogło być coś bardziej hańbiącego dla przywódców polskiego podziemia? Stalin chciał ich nie tylko upokorzyć, ale i dowieść, że Zachód w obronie niedawnych sojuszników nie kiwnie palcem. Nie mylił się.

709a6d7942d75c7feab0fafbecf721f9

„Zostaną wyrzuceni na śmietnisko historii, staną się symbolem hańby i nikczemności” – mówił o oskarżonych sowiecki prokurator.

„Polscy faszystowscy bandyci pozują na demokratów”, „Zniszczyć agentów hitlerowskich Niemiec” – pisały o nich w dniach procesu radzieckie gazety.

Zachodnie mocarstwa nie reagowały. Za to z zadowoleniem przyjęły w tym samym czasie powstanie nowego polskiego rządu – „kompromisowego”, bo powołanego w porozumieniu ze Stalinem.

Trudno określić proces szesnastu jako największe „osiągnięcie” sowieckiego bezprawia – w tej dziedzinie Stalin i jego słudzy mieli od lat bogate doświadczenia zarówno w kraju, jak i poza jego granicami. Stalin tym razem zdobył się jednak na akt wyjątkowej perfidii: oskarżył o współpracę z Niemcami liderów największej w Europie organizacji podziemnej, która z Niemcami walczyła.

Z zaproszonych – uwięzieni

Aby postawić przywódców polskiego podziemia przed sądem, trzeba ich było najpierw porwać.

Pod koniec marca 1945 roku sprawa polska na arenie międzynarodowej wydawała się przegrana. Armia Krajowa już nie istniała, a w Jałcie Sowieci przypieczętowali kształt granic polskich na wschodzie. Wkrótce miał powstać Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej – „kompromis” między komunistami a władzami na uchodźstwie, przy czym dla tych ostatnich było raczej jasne, że za tą grą pozorów kryje się oddanie Polski na tacy Stalinowi.

W kraju faktyczną władzę sprawowało – na mocy tymczasowego „porozumienia” z polskimi komunistami – NKWD. Zewsząd płynęły doniesienia o grabieżach mienia, gwałtach i wywózkach na Wschód. To w takich okolicznościach zakonspirowani przedstawiciele Polski Podziemnej otrzymali zaproszenie do rozmów z „generałem Iwanowem” – przedstawicielem wojsk okupacyjnych. Ich tematem miało być głównie „zapewnienie spokoju na tyłach Armii Czerwonej”.

Przywódcy polskiego podziemia nie wiedzieli, że „generałem Iwanowem” jest Iwan Sierow – dowódca Smierszu, czyli radzieckiego kontrwywiadu wojskowego. Wiedzieli za to, że jeśli tych rozmów nie podejmą, zachodni alianci oskarżą Polaków o brak dobrej woli.

Po żmudnych negocjacjach ustalono, że z Iwanowem (choć mówiono nawet i o obecności Żukowa) spotka się kilkanaście najważniejszych postaci polskiego podziemia. Zagwarantowano im bezpieczeństwo. Sowieci mieli też zwolnić aresztowanych już działaczy i podstawić na Okęcie samolot, aby Polacy mogli się udać do Londynu na rozmowy z własnym rządem.

W tę pułapkę zwabiono m.in. gen. Leopolda Okulickiego (ostatni dowódca AK), Jana Stanisława Jankowskiego (delegat rządu na kraj), Kazimierza Pużaka (przewodniczący Rady Jedności Narodowej) oraz Adama Bienia, Stanisława Jasiukowicza i Antoniego Pajdaka (ministrowie RJN). Oprócz nich: najważniejszych polityków konspiracyjnych partii politycznych oraz ich tłumacza. W rzeczywiście niepodległej Polsce to właśnie ci ludzie byliby pierwszymi kandydatami do objęcia najważniejszych urzędów.

141 przesłuchań w hotelu Łubianka

Polaków, którzy pojawili się w umówionym miejscu w Pruszkowie, zawieziono limuzynami na „śniadanie” do willi NKWD we Włochach. Nie wszyscy od razu zdali sobie sprawę z zasadzki – nawet kiedy samolot po starcie z Okęcia skierował się, zamiast do Londynu, na wschód. W końcu trafili do Moskwy.

„Do jakiegoś pięknego hotelu wiozą nas, panie mecenasie” – powiedział do Zbigniewa Stypułkowskiego któryś z towarzyszy. Wtedy otworzyła się brama Łubianki i zobaczyli dziedziniec więzienia NKWD oraz jego okna zasłonięte blachą. Przeszli upokarzającą rewizję z krojeniem ubrań i przeszukiwaniem otworów ciała.

Przez niemal trzy miesiące siedzieli osobno w zimnych celach Łubianki, do których słońce w ciągu doby zaglądało może przez kwadrans. Nie wolno było głośniej się odzywać, nie wolno było wyglądać przez okno, nie wolno było trzymać rąk pod kocem podczas snu – bo co chwila przez judasza zaglądał strażnik i budził osadzonego.

Śledztwo było z punktu widzenia radzieckich standardów nietypowe, bo nie stosowano tortur fizycznych. Poza tym – pełen repertuar NKWD: wielogodzinne przesłuchania w dzień i w nocy, lampa włączona w celi przez całą noc, głód i chłód, prośby i groźby. Powtarzające się dziesiątki razy pytania. „Jaką wrogą działalność prowadziliście?”. „Ty sam wiesz najlepiej, co robiłeś. Opowiadaj!”. „Nie próbujcie oszukać Związku Sowieckiego”. „Nic nie robił, nic nie wie – a my wszystko wiemy”.

Stypułkowski po siódmym przesłuchaniu sądził, że wytrzyma może 20. Wytrzymał 141. Jednak innych tygodnie śledztwa łamały – potem na sali sądowej przyznawali się do absurdalnych zarzutów. Tym, którzy byli gotowi do wszystkiego się przyznać, sowiecka „sprawiedliwość” obiecywała „łagodny wymiar kary”.

Świadkowie jak zwierzęta w cyrku

Przygotowania do teatralnego procesu nadzorował sam Stalin. Całe śledztwo służyło wykazaniu, że AK w porozumieniu z Niemcami przygotowywała się do walki z Armią Czerwoną. Śledczy NKWD próbowali więc „konstruować” zeznania potwierdzające „antysowiecką działalność” oskarżonych, co im się z oczywistych względów nie udawało.

Jednak (stalinowska logika!) to, że oskarżeni nie byli komunistami i pragnęli realnie niepodległej Polski wystarczyło, by ich nazywać „faszystami”, a Armię Krajową – „nielegalną organizacją”. A przecież z niektórych zeznań (zwłaszcza Okulickiego) wprost wynikało, że polskie podziemie i AK nie zamierzały się odnosić do Sowietów wrogo.

„Wina” schwytanych liderów Polski Podziemnej była więc ustalona przed ich procesem. Pozostawało pytanie o wymiar kary.

Nim proces ruszył (18 czerwca), Polaków przez parę dni dobrze karmiono: bułkami, kiełbasą, sporymi porcjami kaszy, nawet czerwonym kawiorem. Na sali sądowej nie mogli sprawiać wrażenia wymizerowanych. Tych, którzy wyglądali najgorzej, pudrowano. Kazano więźniom wypastować zniszczone trzewiki, wydano im też w ostatniej chwili paski do spodni, krawaty i sznurowadła. W całkowitej ciszy powieziono ich z Łubianki wielkim pancernym samochodem więziennym.

Sprawa toczyła się w sali Związków Zawodowych – tam, gdzie odbywały się największe procesy ery Wielkiego Terroru. Przewodniczył sądowi Wasilij Ulrich – również „zasłużony” kat tamtego czasu. Sprawa szesnastu również miała być procesem pokazowym.

Najpierw złamani oskarżeni rytualnie przyznawali się do winy – wyjątkiem był Okulicki. „Zarzuty” potwierdzali „świadkowie”, którzy przypominali „zwierzęta wytresowane w cyrku i wypuszczane na arenę”.

Adwokaci gorliwi jak prokuratorzy

Drugiego dnia przesłuchiwano oskarżonych. Prokurator Afanasjew mówił o nich: „To spiskowcy, to oszczercy i prowokatorzy, to podli oszuści”. Adwokaci też zachowywali się po sowiecku – nie mniej gorliwie dowodzili „win” podsądnych niż prokuratorzy, ale zapewniali, że oskarżeni byli „naiwni” i liczą na wspaniałomyślność radzieckiego wymiaru sprawiedliwości.

Trzeciego dnia oświadczenie wygłosił generał Okulicki (jego świadkowie obrony nie dotarli na salę, bo rzekomo „zatrzymała ich pogoda”) – niewykluczone, że było to najodważniejsze wystąpienie w całej historii radzieckich procesów pokazowych.

Okulicki podkreślił, że zarzut współpracy z Niemcami to „pozbawienie honoru” i „oskarżenie 300 tys. żołnierzy Armii Krajowej”. Rząd na emigracji nazwał prawowitą władzą, a powstanie warszawskie – aktem bohaterskim i koniecznym.

Gdy Zbigniew Stypułkowski (narodowiec) w swojej mowie końcowej rzucił: „Ja się do winy nie przyznaję”, po sali przeszedł szmer. Gdy Stypułkowski wrócił na miejsce, jego zawzięty przeciwnik polityczny, ludowiec Kazimierz Bagiński, ucałował go w policzek.

Czwartego dnia nad ranem sędzia Ulrich ogłosił wyroki. Okulicki dostał 10 lat, Jankowski osiem, Bień i Jasiukowicz po pięć. Oprócz tego zapadło osiem krótszych wyroków, a trzech Polaków – choć przyznali się do winy – uniewinniono. Sąd był, jak na sowieckie standardy, wielkoduszny.

To była tylko część przedstawienia

Stalinowi nie udało się – tak jak przy okazji procesów Wielkiego Terroru – stuprocentowo upokorzyć oskarżonych i zmusić ich do wyznania win i błagania o łaskę. Obeszło się bez wyroków śmierci, a na salę sądową wpuszczono zachodnich dziennikarzy. Ale najważniejsze cele sowiecki tyran i tak osiągnął.

Proces był bowiem tylko częścią przedstawienia. W tym samym tygodniu w Moskwie powołano, przy aprobacie zachodnich aliantów, Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej. Komuniści z PPR objęli w nim tylko siedem z 24 ministerstw – ale pozostali już wiedzieli, co może czekać tych, którzy się nowej władzy nie podporządkują.

Jak pisał Stypułkowski: Stalin zebrał w jednym mieście prawdziwych przywódców Polski (by ich upokorzyć i zmiażdżyć) i fałszywych, by za ich pomocą Polską rządzić.

Wymowna była reakcja zachodnich mocarstw. Najpierw nikt nie był skłonny pytać Sowietów, co się stało z przywódcami polskiego podziemia. Dopiero podczas konferencji założycielskiej ONZ w Nowym Jorku (pięć tygodni po porwaniu!) Mołotow trochę mimochodem powiedział brytyjskiemu ministrowi Anthony’emu Edenowi, że Polacy zostali schwytani i oczekują na proces w Moskwie. Eden nie widział powodu, by protestować.

Już podczas procesu brytyjscy i amerykańscy dyplomaci (obserwowali wydarzenia z galerii) zachowywali się tak, jak przez całą wojnę ich przywódcy w kontaktach ze Stalinem: udawali, że nic nadzwyczajnego się nie dzieje.

Brytyjski ambasador Kerr napisał w memorandum do swych zwierzchników z niejaką ulgą, że proces szesnastu „nie osiągnął rozmiarów zbrodni dzięki łagodnym wyrokom”. Jakiś anonimowy urzędnik dopisał na tym dokumencie, że wyroki potwierdzają, „iż od czasu do czasu Rosjanie liczą się z zewnętrzną opinią”.

„Łagodne wyroki” nie kończyły koszmaru

Te „łagodne wyroki” nijak nie oddawały sytuacji skazanych.

Najpierw aresztowano ich, choć nie popełnili na terenie ZSRR żadnego przestępstwa – by ich osądzić podług drakońskiego sowieckiego prawa (osławiony artykuł 58), trzeba ich było porwać z własnego kraju. Ich jedyną zbrodnią był patriotyzm i służenie krajowi.

Okulicki umarł w więzieniu na Butyrkach w grudniu 1946 r., w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach (według Pajdaka i Bienia został zamordowany). Jankowski umarł w więzieniu we Włodzimierzu w 1953 roku – na dwa miesiące przed planowanym końcem wyroku. Sowieci poinformowali o ich śmierci dopiero w 1956 r. pod naciskiem zachodniej opinii publicznej.

Bez wieści przepadł Jasiukowicz – Moskwa twierdziła, że go zwolniono, podczas gdy zmarł w więzieniu. Znaku życia nie dawali Pajdak i Bień. Pierwszy odsiedział swoje pięć lat i zgodnie z sowiecką modłą dostał jeszcze pięć lat zsyłki. Po powrocie do kraju dowiedział się, że jego żona przy aresztowaniu przez UB „popełniła samobójstwo”. Bienia nieoczekiwanie znaleziono w kraju. Dla pozostałych oskarżonych spośród „szesnastu” (i skazanych, i uniewinnionych) powrót do ojczyzny nie oznaczał końca koszmaru.

Józefowi Chacińskiemu, Eugeniuszowi Czarnowskiemu i Franciszkowi Urbańskiemu więzienie zdemolowało zdrowie – umarli w ciągu paru lat po wyroku. Uniewinniony Kazimierz Kobylański dostał wyrok w kraju, podobnie jak Kazimierz Bagiński i Stanisław Mierzwa. Najbardziej dramatyczny był chyba przypadek Kazimierza Pużaka, który – po zwolnieniu – wrócił do Polski, lecz nie chciał emigrować. W 1947 roku aresztowała go polska bezpieka. Umarł w więzieniu w Rawiczu trzy lata później.

Wykorzystałem i cytowałem m.in. „Powstanie’44” (aut. Norman Davies), „Generał Iwanow zaprasza. Przywódcy podziemnego państwa polskiego przed sądem moskiewskim” (aut. Eugeniusz Duraczyński), „Zaproszenie do Moskwy” (aut. Zbigniew Stypułkowski).

za: http://wiadomosci.onet.pl/prasa/szesnastu-meznych-ludzi/yx38mk

Reklamy